Był jednym z najsłynniejszych i najbardziej tajemniczych budynków przedwojennej Polski. Położony wyżej niż Kasprowy, luksusowo jak na swoje czasy wyposażony, miał stanowić symbol polskiej mocarstwowości, końca lat trzydziestych XX wieku, a jego budowie nadano ogromny wydźwięk propagandowy. Miejscowa ludność opowiadała niesamowite historie o jego przeznaczeniu – o podziemnym lotnisku i ukrytym ogromnym dziale, które mogło ostrzeliwać sąsiednie państwa. Dziś władze Polski zaangażowały się w jego odbudowę, mimo wstrzemięźliwych opinii wielu naukowców i sprzeciwu miłośników przyrody. Obserwatorium Astronomiczno-Meteorologiczne na wierzchołku Popa Iwana w Czarnohorze (a raczej to, co z niego pozostało) budzi kontrowersje jak przed 75 laty, kiedy go wybudowano.

Kiedy ostatniej jesieni przeczytałem, że chcą odbudować Białego Słonia, jak przed wojną nazywano obserwatorium, nie mogłem uwierzyć, że to prawda. Ale też od razu stanęła mi przed oczami tamta pochmurna noc, kiedyśmy wąskimi perciami wdrapywali się na szczyt Popa Iwana, by z pozostałości okrągłej niczym zamkowa baszta, wieży obserwatorium zobaczyć wschód słońca. Cały poprzedni dzień lało i przez grzbiet przewalały się masy chmur, choć momentami miedzy nimi widzieliśmy skrawki czarnego nieba. Wiatr szarpał nami za każdym razem, kiedy wychylaliśmy głowy zza grzbietu, a przenikliwa wilgoć odbierała sens dalszej wędrówki. I nagle, kilkaset metrów przed szczytem, wszystko to skończyło się w jednej chwili – przestało wiać, chmury zostały pod nami, a gwiaździste niebo rozpościerało się daleko, aż po wyraźnie widoczne zarysy szczytów Marmaroszy i Alp Rodniańskich. Przed nami, na szczycie czerniały wielkie ruiny, które niczym złowrogie zamczysko, dominowały nad okolicą, skrywając w swoich murach całą swą posępną historię.

Nie do końca wiadomo, kto był głównym pomysłodawcą budowy obserwatorium w Czarnohorze, ale wnioskodawcy szybko znaleźli wpływowego przyjaciela w generale Leonie Berbeckim, który sprawował funkcję prezesa Ligi Obrony Powietrznej i Gazowej – jednej z najbardziej masowych organizacji społecznych w przedwojennej Polsce. Meteorologia światowa pod koniec lat trzydziestych opierała się coraz bardziej na radiosondach wypuszczanych na duże wysokości, budynek miał więc też pełnić rolę obserwatorium astronomicznego.

Biały Słoń

Jako że w przedwojennej Polsce słowo generała ważyło znacznie więcej niż nawet poważnego naukowca, zdecydowano się na budowę wielkiego obserwatorium meteorologiczno-astronomicznego o dość niefortunnej lokalizacji. Niefortunnej z dwóch powodów – po pierwsze grzbiet Czarnohory często zasnuty jest chmurami, co skutecznie uniemożliwia prowadzenie obserwacji astronomicznych, po drugie – trudno byłoby chyba znaleźć bardziej niedostępne miejsce w polskich Karpatach. Wszystkie niemal materiały budowlane, a także zaopatrzenie musiano transportować z odległej o 70 km stacji kolejowej w Worochcie, z tego ostatnich kilkanaście kilometrów na grzbietach koni lub plecach ludzi. Był jeszcze trzeci feler – wodę w okresie posuchy trzeba było donosić z odległego 6 i pół kilometra źródła…

Ale mimo tych wad, budynek był zaiste imponujący – miał 5 kondygnacji, 43 pomieszczeń i 57 okien. Na głównym poziomie mieścił się obszerny hall, mieszkanie kierownika i pokoje mieszkalne personelu, wyżej znajdowała się jadalnia i świetlica, biuro, pokoje gościnne, a także pomieszczenie z przechodzącą tu próby bardzo nowoczesną, a jednocześni tajną radiostacją. Na najwyższej kondygnacji była sala z instrumentami meteorologicznymi. Dwie najniższe kondygnacje zajmowała opalana mazutem kotłownia, agregaty prądotwórcze, zespół 240 ogromnych akumulatorów, wozownia i inne pomieszczenia gospodarcze.

Ściany budynku metrowej grubości były postawione z miejscowego piaskowca, do tego ocieplone trzycentymetrową warstwą impregnowanego korka i wyłożone od wewnątrz cegłą, mającą wchłaniać wilgoć. Zastosowano też potrójne okna. Zewnętrzne były typu szwedzkiego, wewnętrzne odsunięto od nich aż o 20 cm, aby przeciwdziałać wpływom silnych wiatrów. Na potrzeby działania agregatów przytargano 5 cystern paliwa rocznie (ostatni odcinek na szczyt wozami ciągniętymi przez hucuły), dwa razy do roku dostarczano zapasy żywności, zaś świeży nabiał i mięso donosili Huculi dwa razy w tygodniu. Chleb był tu wypiekany na miejscu.

Z przyrządów obserwacyjnych znajdował się tu wieńczący budynek nowoczesny anemometr hydrostatyczny Fuessa (przyrząd do pomiaru prędkości i kierunku wiatru), w pełni zautomatyzowany, wyposażony w elektryczną instalację przeciwoblodzeniową, a w wieży o dwumetrowej grubości murach, pod pokrytą miedzią kopułą umieszczono główny przyrząd astronomiczny —astrograf o średnicy 33 cm, wraz z lunetą i szukaczem (jego transport na górę był nie lada przedsięwzięciem – mieścił się w 33 skrzyniach, z których najcięższa ważyła 950 kg). Kierownikiem obiektu został Władysław Midowicz, meteorolog, ale przede wszystkim prawdziwy „człowiek gór” (o którym z pewnością niedługo napiszę coś więcej, bo to postać w historii naszej turystyki górskiej niebagatelna).

Biały Słoń

Całe zamieszanie, koszty i kłopotliwe utrzymanie przyczyniło się do nadania mu żartobliwego miana „Białego Słonia”. Całość kosztowała bowiem astronomiczną (w końcu to obserwatorium astronomiczne :-) ) jak na ówczesne czasy kwotę 1 mln złotych. Ale też było to jedno z dwóch najnowocześniejszych obserwatoriów wysokogórskich w przedwojennej Europie. Budowla była monumentalna, więc nie dziwi fakt, że wkrótce zaczęły krążyć o niej niesamowite historie zarówno wśród turystów, jak i miejscowych hucułów. Sprzyjał im kategoryczny zakaz wstępu do obiektu osób postronnych.

Można więc było usłyszeć, że pod Obserwatorium mieści się tajne lotnisko, że w największe mrozy nie utrzymuje się tam śnieg, że powstało dla uniemożliwienia przemytu nad tym skrawkiem Rzeczypospolitej lekkich bombowców ze Związku Radzieckiego do Czecho-Słowacji. Według Hucułów prawdziwy „Pop” znajdował się głęboko we wnętrzu góry, a budynek stoi tylko dla pozoru, i że jego kierownik po naciśnięciu ukrytego w ściennej skrytce pancernej guzika, zjeżdża wraz ze swoim biurem w głąb góry jak winda. Inna historia traktowała teleskopy jako specjalne działo, z którego można ostrzeliwać wszystkie kraje okoliczne.

Ale dział nie było tu żadnych, a wojna nadeszła niespodziewanie i niezauważalnie. Zamaskowano jedynie oświetlenie, na dachu pojawił się przeciwlotniczy karabin maszynowy. Nie było jednak do kogo strzelać, a wiadomości z walczącego kraju były jednoznaczne. 18 IX 1939, po roku funkcjonowania obiektu cały pozostały personel opuścił obserwatorium i zszedł na węgierską stronę. Wkrótce wtargnęli tu sowieci, po nich przez chwilę budynek zajmowali Węgrzy, a po 1941 roku został zniszczony i rozszabrowany. Zachowały się tylko wyniki obserwacji meteorologicznych z okresu X 1938-VII 1939, natomiast materiały astronomiczne spłonęły w Powstaniu Warszawskim. Elementy astrografu znajdują się obecnie w Ostrowiku pod Warszawą i w Planetarium Śląskim w Chorzowie. Olbrzymia zaś obudowa spoczywa pod gołym niebem w obrębie zabudowań Uniwersytetu Lwowskiego w Brzuchowicach. Tyle zostało z chluby przedwojennej Polski…

*  *  *

Wschód słońca był piękny – jeden z tych, które pamięta się do końca życia. Krwawoczerwone słońce wynurzyło się ze słynnych, wschodniokarpackich „mórz mgieł” oświetlając pastelowym światłem Czywczyny, Hnitessę, a daleko, daleko na południu Ineul i Pietros. Potem jeszcze chodziliśmy trochę po budynku, dostrzegając walające się jeszcze tu i owdzie klepki przedwojennego parkietu, przerdzewiały kaloryfery, które jak widać na nic by się zdały miejscowym, a w oknach podziwiając solidną przedwojenną stolarkę. Trochę dłużej staliśmy przed stylizowanym orłem, zniszczonym przez karabinowe kule.

Czy pomysł odbudowy obserwatorium na Popie Iwanie jest dobry? Wydaje się, że wydane do tej pory na ten cel 230 tys. zł z programu ochrony polskiego dziedzictwa kulturowego za granicą, można by spożytkować znacznie lepiej. Czarnohora bowiem obecnie jest przede wszystkim terenem o unikatowych walorach przyrodniczych, a odbudowa tak wielkiego obiektu, który nie będzie już przecież pełnił funkcji obserwatorium astronomicznego, a raczej dydaktyczno-komercyjne (tak jest to opisane w projekcie), będzie zagładą tej względnie nieskażonej przez cywilizację enklawy przyrody.

Także ze względów sentymentalnych obiekt ten widzę jako trwałą ruinę – jako pomnik świetności, a może nawet bardziej precyzyjnie mówiąc, ambicji II Rzeczypospolitej. Świetności i ambicji, która odeszła w przeszłość, tak jak w przeszłość odeszły słupy graniczne na Popadii, Howerli czy Hnitessie. Na taki Pop Iwan chciałbym wrócić, choć wiem już, że to nie jest możliwe – wieści z ubiegłej jesieni donoszą, że po siedemdziesięciu latach budynek dawnego obserwatorium astronomicznego na górze Pop Iwan w Czarnohorze znów błyszczy miedzianym dachem…

Biały Słoń

*  *  *

Na koniec jeszcze chciałbym zacytować dłuższy fragment pożegnania z Popem Iwanem we wrześniu 1939 r., napisany przez Władysława Midowicza, a opublikowany w numerze 2 rocznika „Płaj”w 1988 r. Jest to jeden z najpiękniejszych, a jednocześnie bardzo wymownych opisów mało znanego epizodu Września 1939 (mimo, że walk żadnych tu nie toczono), a który powinien pozostać prawdziwym epitafium polskiego obserwatorium w Czarnohorze.

„Dzień 17 września, dżdżysty i przenikliwy aż do południa, zakończył chyba najpiękniejszy zachód słońca, jaki kiedykolwiek oglądałem z grani Czarnohory. Strzępki mgiełek drgały nad północnymi dolinami, a liliowa zorza długo paliła się na stokach Ineula. W zapadającym mroku podszedł do mnie przodownik Straży Granicznej i powiadomił, że na otrzymany przed chwilą rozkaz mają opuścić Obserwatorium, udając się ku Uścierykom i granicy rumuńskiej. Tak samo placówka Obrony Narodowej.

Chmury zagarnęły Czarnohorę ponownie i pozostaliśmy sami. Telefon milczał, a noc schodziła na pakowaniu. Świt wstał deszczowy i blady, i tylko tu i ówdzie odsłaniały się fragmenty dolin. Wiadomości radiowe podawane przez zagraniczne stacje nie pozostawiały wątpliwości.

Po wspólnie spożytym posiłku rozebrałem radiotelefon i wyniósłszy na dziedziniec rozbijałem jego części młotem, zgodnie z posiadanymi rozkazami „mob”. Patrząc jak w trzaski rozlatywały się lampy, przetworniki, kondensatory i różne cudeńka, Huculi czekający obok z jucznymi końmi trącali się łokciami, szepcząc: Wże kineć! (Już koniec).
A koniec zbliżał się miarowym krokiem. Obszedłem cały budynek, otwierając przed wyjściem skrytkę pancerną i blokując przełączniki na tablicach rozdzielczych siłowni i kotłowni.

Wreszcie przywołałem Czarnego Jurę, mówiąc po ukraińsku, by nie było wątpliwości: Schodzimy do Balzatulu i gwarantujęwam wszystkim nietykalność od Węgrów (którzy od kilku miesięcy okupowali Ruś Zakarpacką). Gdy powrócisz tu jutro, wystawisz z tarasu dużą flagę – tylko jej pas czerwony – by uchronić Obserwatorium od rabunku przez miejscowych. Zostawiam ci dwa mausery z amunicją i pisemne upoważnienie do zastrzelenia każdego, kto by usiłował włamać się do budynku przed nadejściem władz okupacyjnych. Z przygotowanych na zimę zapasów żywności wypłacisz chłopów od jucznych koni po powrocie – po worku cukru na głowę, a większość pozostałej żywności zabierzesz sobie do Żabiego. Miej się, chłopie, i nie daj się!

Jura ze łzami w oczach chciał mnie ująć pod nogi – uścisnąłem go – jak brata. Po czym klucz zazgrzytał w kutych drzwiach wejściowych i cała karawana koni i ludzi ruszyła wzdłuż muru, przechodząc po kolei granicę państwa. Uklęknąłem całując mokrą ziemię. Wiatr zacinał przenikliwym deszczem i wielka kurtyna sinych chmur jakby opuszczała się za nami na granie Czarnohory.

Przez rumowiska skalne i kotły schodziliśmy w głąb Rusi Zakarpackiej. Mały Jacek niosący w jednej rączce maleńką walizeczkę z najukochańszymi zabawkami, a w drugiej misia, przewracał się niekiedy na śliskich trawnikach, ale podnosząc się ze skrzywioną buzią, szedł dalej za końmi. Gdy po kilku godzinach obejrzeliśmy się u górnej granicy lasów po raz ostatni, gdzieś w podniebiu wyłoniła się z przewalających się grzbietem mgieł wysmukła wieża, na którą kładły się ostatnie promienie zachodzącego nad Marmaroszą słońca.”

Całość wspomnień Władysława Midowicza o Białym Słoniu można przeczytać tutaj>>