Przyznaję się bez bicia, że do kilku słowackich stacji narciarskich mam słabość – głównie ze względu na – jakby to zgrabnie można ująć – siłę oddziaływania krajobrazu na mój umysł. Bo szczerze mówiąc – narciarstwo lubię głównie o tyle, o ile pozwala mi nie tylko zmęczyć mięśnie, ale przede wszystkim napatrzeć się na góry. Do miejsc położonych stosunkowo blisko Polski, gdzie popatrzeć jest na co, należy na pewno Jasna, oferująca tak kapitalne krajobrazy i wrażenia górskie i narciarskie, że nie sposób mi o niej obojętnie myśleć. A jednak przez ostatnie trzy lata nie miałem okazji odwiedzić tego miejsca. Dlatego z wielką radością zarezerwowałem sobie marcowy weekend, kiedy okazało się, że jest okazja by znowu do Jasnej zawitać.


O wielkich inwestycjach w tej topowej stacji narciarskiej na Słowacji jest głośno w branży narciarskiej, także po naszej stronie granicy, od kilku lat. Słowacy zainwestowali tu w infrastrukturę ponad 100 mln euro w ciągu ostatnich trzech lat. I trzeba przyznać – efekt widać od razu. Po pierwsze – wyciągi są nowoczesne i wygodne, a przede wszystkim są bardzo logicznie rozłożone w terenie, dzięki czemu spory ruch narciarski jest rozprowadzany po całym terenie (łącznie 45 km tras zjazdowych), dlatego wrażenie, że szusujemy wśród tysięcy narciarzy na stokach ma się naprawdę tylko w kilku miejscach.

Po drugie, co wiąże się organicznie z powyższym, praktycznie wyeliminowano kolejki do wyciągów. Oczywiście – w kilku miejscach trzeba poczekać kilka chwil do gondoli czy krzesełka, ale jest naprawdę nic w porównaniu z tym, co działo się tu jeszcze kilka lat temu, lub co możemy zaobserwować w weekendy w wielu ośrodkach po polskiej stronie Tatr. Krótko mówiąc – zapewniono „płynność strumienia narciarzy spływającego z północnych stoków Chopka”.

Po trzecie wreszcie – nowy wspaniały funitel (naprawdę jest wspaniały :-) ), w połączeniu z szybką gondolką od hotelu Kosodrevina, w końcu po latach udostępnił szczyt narciarzom i zapewnił łatwe połączenie północnej i południowej części całego kompleksu. Dzięki temu ambitniejsi mogą poszaleć na trudniejszych, stromszych południowych stokach. Uczyniono w ten sposób bardzo dobrą rzecz – otóż w tej chwili każdy może znaleźć dla siebie na stokach Chopka odpowiedni teren dla siebie, a interesy narciarzy o różnym stopniu zaawansowania nie kolidują ze sobą. Dla początkujących jest Biela Púť i nowoczesna gondolka Grand Jet na Brhliska, bardziej zaawansowani wybierają Záhradky i długi zjazd z Chopka przez Lukovą i Priechybę, a dla wymiataczy pozostaje cały południowy stok, z rozległymi strefami do freeride’u.

Co tu dużo mówić – w połączeniu z wysokogórskim krajobrazem, który otacza narciarzy, sformułowanie, które kiedyś wpadło mi do głowy, że „Słowacy zamienili Tatry w Alpy” (więcej tutaj), nie jest tylko sloganem reklamowym.

A co do samej tytułowej imprezy, na którą w końcu głównie jechałem – cóż, Słowacy mają poczucie humoru i odrobinę bezpruderyjności, która pozwala im organizować taką imprezę od kilku lat. Były piękne panie, ładni panowie, była świetna zabawa i dużo śmiechu. Czyli tak jak we wstępie – można się było napatrzeć. Na góry, rzecz Jasna. Zapraszam do obejrzenia krótkiego filmu o tegorocznej edycji Bikini Skiing.