Na początku wygląda to jak podróż w kabinie metra, wąski, wybetonowany tunel wydaje się nie mieć końca, gdy nagle, za zakrętem wagonik wyjeżdża spod ziemi, przekracza bystrą i błękitną od lodowcowej wody rzekę, po czym znów chowa się pod ziemią. Tory staję się stromsze i po kilkunastu minutach czeka nas przesiadka do wygodnej gondoli. Kiedy bezszelestnie odbija od peronu i coraz szybciej nabiera wysokości, mknąc ponad czubkami smreków, za plecami otwiera się coraz szersza panorama, a zza kolejnych grzbietów, wyłaniają się coraz to nowe, poszarpane granie. Ostatni odcinek kolejka pokonuje bez żadnej podpory, sunąc wzdłuż wapiennych ścian, pociętych rysami i żlebami, spod których niczym ogromne wachlarze osypują się kształtne stożki piargów. Jest coraz chłodniej i przestrzenniej, i z każdą minutą jakby coraz więcej nieba wokoło. Nie zmienia się tylko jedno –w dole ciągle, niczym na wielkiej mapie, widać wyraźnie siatkę ulic rozpiętą pomiędzy czerwonymi dachami domów i wież licznych kościołów. To Innsbruck – prawdziwa „Stolica Alp”.

Są dwa miasta, które nieoficjalnie przywłaszczyły sobie miano „stolicy Alp” – francuskie Grenoble i austriacki Innsbruck. Grenoble jest większe i pewnie trochę nowocześniejsze i dynamiczniejsze. Innsbruckowi dynamiki też nie brakuje, ale pod względem malowniczości położenia wśród wysokich pasm górskich, nie może się z nim równać żadne inne europejskie miasto tej wielkości. Góry kształtują jego krajobraz, góry wpływają na jego tożsamość, góry w końcu są nieodłączną elementem życia większości jego mieszkańców. Bez żadnych wątpliwości – na miano „Stolicy Alp” zasługuje jak najbardziej.

Innsbruck kojarzony jest przede wszystkim ze sportami zimowymi – i słusznie, bowiem dwukrotnie był organizatorem Zimowych Igrzysk Olimpijskich (w latach 1964 i 1976), a co roku rozgrywanych jest w mieście i jego bezpośredniej okolicy kilka międzynarodowych zawodów narciarskich, z czego najsłynniejszy jest bez wątpienia rozgrywany na przepięknej skoczni Bergisel, jeden z konkursów Turniej Czterech Skoczni. W zimie też jest częstym celem wycieczek narciarzy szusujących w renomowanych tyrolskich kurortach. Mało kto natomiast zdaje sobie sprawę, że kiedy już stopnieje śnieg, miasto nie traci nic a nic na swej atrakcyjności.

Nie będę tu już wymieniał atrakcji samego miasta – oględne poznanie jego zabytków i ciekawych muzeów wymaga co najmniej dwóch dni, a do tego dochodzi jeszcze życie nocne i wielki wybór restauracji, barów i knajpek wszelkiego rodzaju, tętniących życiem nocnym, jak przystało na spory ośrodek akademicki. A przy tym, przy całej swej „wielkomiejskości” Innsbruck jest miastem przyjemnym do życia – ani za dużym, ani za małym, względnie spokojnym, ale z pewnością nie nudnym. I co ważne – wszędzie jest tu blisko i niedaleko. Blisko i niedaleko jest stąd przede wszystkim w góry :-).

Miasto powstało w samym centrum Alp Wschodnich, w miejscu gdzie do biegnącej równoleżnikowo doliny Innu, wpada spływająca spod przełęczy Brenner rzeka Sill. Od północy miasto zamyka wznoszący się na ponad dwa tysiące metrów, wapienny mur gór Karwendel. Jego poszarpana, słoneczna grań, widoczna praktycznie z każdego miejsca w mieście, stanowi wspaniałe tło dla zabytkowej architektury starówki. Z kolei od południa ograniczają miasto zbudowane ze skał krystalicznych pasma Alp Tuxertalskich i Sztubajskich, rozdzielone doliną rzeki Sill. Każde z tych pasm jest bardzo rozległe, ale każde też wysyła swojego „reprezentanta” bezpośrednio nad miasto – od północy jest to masyw Nordkette, od południowego-wschodu obły Patscherkofel, a od południowego-zachodu – śmiały ząb Nockspitze. Warto wybrać się przynajmniej na dwie z nich, aby popatrzeć na Innsbruck i otaczające go góry z różnej perspektywy.

Okolice Innsbrucka

Wycieczka na każdy z wymienionych szczytów jest prosta – wyprowadzają na nie bowiem kolejki gondolowe. Najłatwiej dostępny jest masyw Nordkette – prowadzi do niego trzyodcinkowa trasa. Pierwszy etap to linowo-szynowa kolejka (podobna do naszej Gubałówki) z centrum Innsbrucka do dzielnicy Hungerburg, gdzie przesiadamy się na nowoczesną gondolę, która wywozi nas do schroniska Seegrube, a stąd ostatni odcinek, ponad skalnymi ścianami wywozi nas na główną grań do schroniska Hafelekarhaus. Stąd w kilkanaście minut można wejść na Hafelekarspitze (2334 m n.p.m.) z charakterystycznym krzyżem, spod którego rozciąga się wspaniała panorama na okoliczne szczyty i Innsbruck w dole, a za nim, na południu – na odległe lodowce Alp Sztubajskich.

Dysponując większą ilością czasu i przy dobrej pogodzie, można pokusić się o wycieczkę na Kemacher (2480 m n.p.m.) – prowadzi tam umiarkowanie trudna via ferrata, lub powędrować w drugą stronę, łatwym „Szlakiem Goethego” w kierunku Mandlspitze (2366 m n.p.m.) i schroniska Pfeishütte (jest to fragment jednego z najwspanialszych szlaków górskich na świecie – Adlerweg, który prowadzi przez cały Tyrol i ma 1480 km długości). Przy dobrej pogodzie szlaki te zapewniają niezapomniane wrażenia – mimo bliskości wielkiego miasta panuje na nich niewielki ruch.

Żeby dostać się na Patscherkofel (2248 m n.p.m.) trzeba dojechać do Igls, gdzie obok znanego z międzynarodowych zawodów toru bobslejowego (można na nim spróbować przejażdżki bobslejem kierowanym przez zawodowca z prędkością przekraczającą 100 km/godz. – gwarantowana duża dawka adrenaliny) znajduje się dolna stacja kolejki linowej. Wywiezie nas ona do widokowej restauracji Patscherkofelhaus na wysokość 1964 m n.p.m. Dalej na szczyt idziemy pieszo, łatwą ścieżką w niecałą godzinę. Ze szczytu rozciąga się kapitalny widok na Innsbruck, a nad nim błyszczący w słońcu, biały mur masywu Nordkette. Przy dobrej pogodzie widać stąd całkiem spory fragment Północnych Alp Wapiennych, z najwyższym wierzchołkiem Niemiec – Zugspitze, który poznamy po charakterystycznym szczątkowym lodowcu pod szczytem.

Najwięcej czasu zajmie nam wycieczka na Nockspitze (2404 m n.p.m.) nazywany też Saile. Na jego zboczach znajdują się trzy kolejki linowe – od strony Innsbrucka prowadzi gondola z Mutters – stąd na szczyt prowadzi średniotrudny szlak, który w dwie i pół godziny wyprowadza na wierzchołek. Nieco wyżej (pół godziny marszu mniej) wywozi kolejka z Götzens. Najkrótsze (i zarazem najłatwiejsze) wejście na ten szczyt prowadzi od strony stacji narciarskiej Axamer Lizum, skąd krzesełkiem czynnym także w lecie możemy wyjechać do schroniska Birgitzköpfhaus, a stąd pozostaje na szczyt nieco ponad godzinę łatwego marszu.

Oczywiście możliwości wycieczkowe w okolicach Innsbrucka są praktycznie nieograniczone, a te, o których wspomniałem można by nazwać „klasykami dla początkujących”. Ale w końcu od czegoś trzeba zacząć poznawać te Alpy ;-) .

W tym miejscu warto wspomnieć jeszcze o jednym istotnym udogodnieniu. Otóż mając zamiar zwiedzać Innsbruck i poznawać jego okolice warto zaopatrzyć się w Innsbruck Card. Jej posiadacze mogą bezpłatnie wejść do wszystkich muzeów w mieście, korzystać bez ograniczeń z komunikacji miejskiej, podróżować widokową linia tramwajową do Mutters i autobusem do Igls, czy też wypożyczyć rower na 5 godzin. Obejmuje też ona 1 wjazd i 1 zjazd jedną z wymienionych powyżej kolejek górskich (w przypadku Nordkette jako jeden wjazd liczy się trasa od samego dołu na sam szczyt Hafelkar – czyli wszystkie trzy etapy). 24-godzinna karta kosztuje 31 €, 48-godzinna – 39 €, a 72-godzinna – 45 €. Łatwo przekalkulować, że zwłaszcza przy pobycie kilkudniowym jest to bardzo atrakcyjna oferta! Więcej szczegółów dotyczących karty można znaleźć tutaj>>