rozewiePolskie wybrzeże, mimo że nie można mu pod wieloma względami odmówić urody i piękna, jest raczej dość monotonne i krajobrazowo niezbyt efektowne. I nie piszę tego, mając przed oczami brzegi Dalmacji, czy klify Sardynii – również nad Bałtykiem znaleźć można miejsca pod względem krajobrazu dużo efektowniejsze – Rugię czy fińskie szkiery. Jednak wcale nie oznacza to, że południowy brzeg Bałtyku jest nudny – co to, to nie! W kilku miejscach jest nawet zaskakująco ciekawy, zważywszy na fakt, że prezentuje się niebyt okazale. Bez wątpienia do takich miejsc należą okolice przylądka Rozewie – tego najbardziej na północ w morze rzuconego skrawka Polski. Strome klify, ciągnące się u ich stóp wąskie, ale malownicze plaże, głębokie jary rozcinające morenową kępę, skrawki niezagospodarowanego jeszcze (i oby jak najdłużej) brzegu, widoki sięgające daleko w głąb morza, z licznymi statkami przecinającymi linię horyzontu, a do tego wiele miejsc ciekawych historycznie i przyrodniczo – oto krótki przegląd tego, czego można się spodziewać nawet w czasie kilkugodzinnego spaceru. Zapraszam więc na krótką wycieczkę po jednym z najciekawszych zakątków naszego Wybrzeża.

Okolice przylądka Rozewie to klify, plaże, piękne widoki, najstarsza działająca do dziś i jedno z najsłynniejszych letnisk międzywojennej Polski. Miejsce w sam raz na jesienny spacer. Życząc przyjemnej (mam nadzieję) lektury, już dziś zapraszam do śledzenia kolejnych wpisów na Facebooku.

Rozewie. Coś się dzieje w tym miejscu na mapie. Z nieznanych powodów, leniwie zmierzający, niemalże prostą linią na wschód, brzeg morza, załamuje się nagle, ustępując na południowy wschód, jakby pod naporem mas Bałtyku, potem waha się jeszcze trochę, wysyłając w morze Krowi Ogon (jak nazywa miejscowa ludność Mierzeję Helską), po czym całkiem już zdecydowanie skręca ku południu. Szerokie plaże zwężają się, a poziomice zaczynają się tłoczyć jedna na drugiej, zarysowując w końcu obły korpus Kępy Swarzewskiej, z trzech stron otoczonej zatorfionymi pradolinami, a z czwartej regularnie nadgryzaną przez fale. A kiedy zgaśnie światło, na samym krańcu zarysu lądu pulsować zaczyna wielka szpila rozewskiej blizy. Niczym serce, wprawiające w rytm życia całą tę połać wybrzeża.

Rozewie. Nazwa, którą zna prawie każdy, na lekcji geografii wkuwając te wyświechtane już momentami „54˚50’ szerokości geograficznej północnej”, wyznaczające północny kraniec naszego kraju. Dużo jednak mniej liczni są Ci, którzy do nazwy zapamiętanej ze szkoły potrafią dopasować jakiś obrazek znad naszego morza. Nie wspominając już, że prawdę powiedziawszy, wychodzący w morze skrawek lądu wcale nie jest najbardziej północnym punktem Polski (ale o tym za chwilę). Nie przeszkadza to jednak być mu jednym z nielicznych „prawdziwych” naszych przylądków, gdzie od wieków morze walczy z lądem o prymat w okolicy. Do tego przylądkiem bez wątpienia najpiękniejszym.

Rozewie. Szum morza i buków porastających stromą skarpę falezy. Dalekie światła przepływających statków, płynąc gdzieś, hen poza linie horyzontu. Aureole chmur, rozświetlane światłem latarni, przerywane co kilkanaście sekund rozbłyskami odległej burzy nad morzem. Prawdziwy spektakl „światło i dźwięk”, do którego nie umywają się nawet te spod egipskich piramid i świątyń Luksoru. Pierwsza w życiu noc na plaży, w śpiworze wkopanym w ciepły jeszcze, nagrzany słońcem z początku lata, piasek. Noc oparta o potężny pień drzewa, które kilka zaledwie dni musiało runąć w dół z kilkudziesięciu metrów, dając przyjazne schronienie od wiatru wśród ramion gałęzi. Wspomnienie trwalsze niż skandynawska skała wypłukana z moreny, każące wracać tu tyle razy, by móc wpatrywać się po prostu w morze…

Rozewie

Położony pomiędzy Władysławowem a Karwią fragment wybrzeża, którego dominantą jest wnosząca się ponad 50 metrów na poziom morza kępa rozewskiego przylądka, należy do najczęściej odwiedzanych fragmentów naszego wybrzeża Bałtyku. Mimo to, nawet w lecie, rzadko kiedy spotkamy tu tłumy – cóż, w czasach absolutnej dyktatury plaż, gliniasty klif, z olbrzymimi głazami, niedogodnym zejściem i wąskim na kilkanaście metrów zaledwie pasem pasku nie jest tak atrakcyjny, jak leżąca po sąsiedzku Karwia czy pękający w szwach „Władek”. A cóż dopiero jesienią! Tym lepiej – dzięki temu jest to nie tylko jedno z najpiękniejszych, ale też i najbardziej urokliwych miejsc nad naszym Bałtykiem. Wyjątkiem jest jedynie wnosząca się ponad krawędzią klifu latarnia morska – ta, zwłaszcza w czasie sezonu na wycieczki szkolne – potrafi być naprawdę oblężona. Większość turystów wizytę na Rozewiu zaczyna i kończy właśnie tu. Żeby jednak poznać w pełni piękno tego fragmentu wybrzeża, najlepiej zrobić sobie niedługa wycieczkę – z Jastrzębiej Góry do Chłapowa. Te niecałe 9 kilometrów marszu pozwalają zobaczyć najciekawsze miejsca w okolicy.

Zacząć wypada w Jastrzębiej Górze. To jeden z najsłynniejszych kurortów na naszym morzem, w lecie tłoczny i gwarny, ale nie przepełniony, którego kariera rozpoczęła się w okresie międzywojennym. Należący wtedy do Polski fragment wybrzeża, liczący w całości jedynie 140 km (i to licząc helską mierzeję z dwóch stron), praktycznie nie posiadał rozbudowanych urządzeń letniskowych, nie licząc niewielkiej ilości kwater rozsianych po okolicznych, w większości rybackich, kaszubskich wioskach. Wśród palących problemów zagospodarowania ówczesnego wybrzeża, jednym z ważniejszych była również stworzenie bazy letniskowej, w której mógłby „uczyć się morza” ponad 25 naród (według Pierwszego Powszechnego Spisu Ludności z 1921 roku Polska liczyła około 25,7 mln mieszkańców).

Rozewie

Większa część linii brzegowej przypadała na Zatokę Gdańską i jej część – Zatokę Pucką, nazywaną Małym Morzem. Nad Wielkim Morzem (taką nazwą stosowano dla otwartego Bałtyku) miejsca nie było zbyt wiele – znaczna część helskiej kosy była terenem wojskowym, inne jej części były zbyt wąskie, z kolei Wielka Wieś (czyli dzisiejsze Władysławowo) również rozbudowywano głównie jako port rybacki i wojenny. Oddalone o kilka kilometrów od niej tereny w pobliżu przylądka Rozewie i wioski Tupadły, z ładnymi plażami ciągnącymi się dalej na zachód i okraszone malowniczymi klifami wydawały się idealne do budowy letniska. Zresztą prawdę mówiąc – wielkiego wyboru nie było, budowano tam, gdzie się dało. Jastrzębia Góra jest więc pod wieloma względami podobna do Gdyni – obie miejscowości (choć w innej skali i innego przeznaczenia) wyrosły bowiem „z morza i marzeń”.

Jeszcze do 1920 roku tereny dzisiejszej Jastrzębiej Góry były jedynie jałowymi i niedostępnymi (brak jakichkolwiek dróg dojazdowych) pastwiskami, na których wypasano gęsi. Nazwa dotyczyła wzniesienia (w pobliżu obecnego centrum kurortu), na dodatek będąc często mylona z innym wzniesieniem o tej samej nazwie leżącym w pobliżu Chłapowa. Pierwsze domy letniskowe powstały właśnie w tym roku – ziemię od obecnego centrum po Drogę Rybacką” kupił inżynier Osmołowski z Warszawy. Założył on spółkę “Jastgór”, która administrowała rozwojem letniska – teren rozparcelowano na działki i rozpoczęto zabudowę według ówczesnych zasad urbanistyki. Część działek została zbudowana przez właścicieli spółki, część zaś sprzedana – proces ten trwał aż do wybuchu wojny.

Rozewie

Pierwsze zbudowane wówczas domy stoją do dziś przy ulicy Kaszubskiej i Królewskiej. Do końca nie wiedziano wtedy jeszcze jak będzie nazywać się powstający kurort. Mieczysław Orłowicz w „Ilustrowanym Przewodniku po Województwie Pomorskim” z 1924 roku pisał: „Wybudowano tu świeżo (1923) na szczycie wzgórza, dominującego nad okolicą, kilka stylowych will dla letników. W projekcie budowa will dalszych, a powstająca tu miejscowość ma nosić nazwę Rozewskich Kąpiel”. W tym czasie powstała też promenada wiodąca wzdłuż krawędzi klifu i dworzec zdrojowy. W dalszych latach, aż do wybuchu wojny rozpoczęto zabudowę działek ciągnących się aż po Lisi Jar, a tę część miejscowości nazwano Jasnym Wybrzeżem.

Po wojnie Jastrzębia Góra mocno się rozbudowała, a bazując na przedwojennej popularności szybko stała się jednym z największych nadmorskich letnisk w Polsce. Dzisiaj jest to zadbany kurort, popularny zwłaszcza jako centrum kolonijne. Trudno jednak nie mieć wrażenia, że powojenny rozwój miejscowości nie odbywał się według tak dobrych wzorców jak w okresie międzywojennym. Mimo to, centrum miejscowości sprawia dobre wrażenie, no może za wyjątkiem szczytu sezonu, kiedy jarmarczno-odpustowe kramy ze wszystkim stają się zbyt wszędobylskie i nachalne.

Rozewie

Nasza wycieczkę rozpoczynamy w centrum Jastrzębiej Góry. Zanim zejdziemy nad morze, nad które prowadzi bulwar Światowida, warto podejść kilkadziesiąt metrów na wschód, za drogowskazami kierującymi do „Gwiazdy Północy”. Tutaj, na niewielkim skwerku, wśród buków porastających skraj nadmorskiego urwiska stoi niewielki pomniczek, postawiony tu w 2000 roku, po tym jak okazało się, że po przeprowadzeniu nowych pomiarów, to właśnie tutaj znajduje się najbardziej a północ wysunięty punkt Polski. A ściślej mówiąc – na plaży, dokładnie na północ od wspomnianego pomnika. Dokładne koordynaty tego punktu wnoszą 54°50′08″N 18°18′10″E – tym samym wyuczona tyle lat temu informacja okazała się być już nieaktualna. Ale doprawdy – samemu przylądkowi w niczym to nie ujmuje. Warto w tym miejscu popatrzeć na morze z klifu – wznosimy się 33 metry ponad powierzchnią wody. W oddali morze zlewa się z niebem, a znikającą linię horyzontu co jakiś czas tylko rysują płynące daleko statki.

Wracamy na bulwar, który doprowadza do nadmorskiej promenady, a potem do krawędzi klifu, którą pokonuje się schodząc w dół przebudowanymi niedawno schodami. Obsuwający się dawniej klif zabezpieczono przed dalszą erozją, przy okazji odsłaniając rozległy widok na morze. Ze schodów w lecie pięknie prezentują się zachody słońca. W końcu stajemy na plaży, która jest w tym miejscu dość wąska. Nieco dalej na wschód rozszerza się, dochodząc miejscami do 50 metrów szerokości. W lecie – ciężko przepchać się wśród plażowiczów i miłośników „parawaningu”. Po wakacjach – jest tu spokojnie i przyjemnie – porośnięty lasem klif, w kilku miejscach ciągle żywy, prowadzi nas na wschód, ku wyraźnej kulminacji wysuniętej bardziej w morze. Coraz wyraźniej widać, że dalej brzeg wykręca mocniej w prawo tworząc przylądek Rozewie.

Rozewie

Zanim jednak jeszcze dojdziemy do samego przylądka, z prawej do plaży dochodzi wylot krótkiego ale bardzo malowniczego Lisiego Jaru. Okresowe wody, rozcięły tu krawędź morenowej wysoczyzny, tworząc zielony wąwóz o głębokości sięgającej 30-35 metrów ( w wikipedii można przeczytać, że sięga on 50 metrów głębokości, ale biorąc pod uwagę, że w tym miejscu w ogóle najwyższy punkt kępy liczy 54 m n.p.m., a od brzegu oddalony jest o kilkaset metrów, autorzy tego wpisu liczyli chyba jego głębokość po korony drzew…).

Nieco dalej plaża zwęża się prawie całkowicie i rozpoczyna się betonowa opaska wzmacniająca narażony na wielkie sztormowe fale brzeg przylądka. Warto jednak w tym miejscu opuścić na chwilę plażę i podejść w górę Lisiego Jaru. Nie tylko po to, by przez chwilę znaleźć się w świecie zupełnie odmiennym od tego, którym do tej pory wędrowaliśmy – stare buki pną się tu po stromych skarpach wąwozu, obnażając tu i ówdzie muskularne korzenie, ale także by zobaczyć zrekonstruowany w w1995 roku obelisk. Postawił go w 1932 roku właściciel okolicznych terenów, hrabia de Rosetta, zdewastowali natomiast hitlerowcy zaraz po zajęciu terenu we wrześniu 1939 roku.

Rozewie

Upamiętnia on ciekawe wydarzenie historyczne – miejsce lądowania króla Zygmunta III Wazy, powracającego wraz z armią z nieudanej wyprawy po koronę Szwecji. Według legendy, 4 wrześnie 1598 roku, właśnie tutaj rozbił się okręt wiozący króla, którego wyratowali z morskich topieli miejscowi rybacy z Tupadeł, którzy u wylotu jaru trzymali swoje łodzie. Jak to z legendami bywa – data i miejsce wydarzenia są autentyczne, natomiast co do okoliczności, nie do końca chyb tak to było… W każdym razie, Lisi Jar jeszcze raz potem w historii odegrał rolę miejsca „desantu” – tym razem, w 1655 roku, w czasie Potopu, tędy przedostali się na brzeg Szwedzi, paląc okoliczne wioski.

Dalej możemy przejść krótki odcinek drogą prowadzącą w kierunku Władysławowa. Wybudowany w latach 30. gościniec, „otworzył” Jastrzębią Górę na masową turystykę. Na długim odcinku zachowała się oryginalna, przedwojenna nawierzchnia z kostki, a w połączeniu z ładnymi drzewami tworzącymi zacienioną aleją, jest ona piękną pamiątką i świadectwem pracy włożonej w rozwój tej części Wybrzeża w czasie II Rzeczypospolitej. Wkrótce w lewo odchodzi kolejna aleja, doprowadzająca nas do latarni morskiej na Rozewiu.

Rozewie

Od stuleci miejscowy przylądek był miejscem niezmiernie ważnym dla morskiej nawigacji – wszak to właśnie tutaj brzeg morski skręca wyraźnie na południe (o czym wspominaliśmy już na początku, w nazbyt może literackiej formie J ). Miejsce jest tak charakterystyczne, że bez problemu każdy może go wskazać na praktycznie każdej mapie pokazującej ten fragment Bałtyku. Więcej – przypuszczam, że większość Czytelników, potrafiłoby ten fragment wybrzeża narysować z pamięci na kartce papieru. Na dodatek, wody w pobliżu przylądka pełne są wielkich głazów wypłukanych z morenowej wysoczyzny, co zresztą przydało mu miano „Przylądka Kamiennego”.

Inaczej nazywali przylądek przepływający w pobliżu żeglarze. Ponieważ jest to najwyższe wzniesienie bezpośrednio nad brzegiem morza, na dodatek mające kształt charakterystycznej, rozległej czapy, marynarzom kojarzyło się z wystającym z wody czubkiem głowy jakiegoś mitycznego olbrzyma. Stąd Duńczycy nazwali przylądek Risehoved (co oznacza dosłownie – głowę olbrzyma), Holendrzy zdążający licznie do Gdańska – Resehupt, a żeglarze z dolnosaksońskich portów Hanzy – Rosehoved. Od tego prawdopodobnie wywodzie obecne brzmienie – Rozewie (etymologię nazwy podałem w pewnym uproszczeniu za „Pomorskimi nazwami miejscowymi i osobowymi” Łęgowskiego z 1907 roku; mam świadomość, że to staroć, ale do nowszych źródeł nie dotarłem :-) ).

Rozewie

Wracając do roli w nawigacji – wiadomo, że pierwsza latarnia (a właściwie wielkie ognisko) istniała tu już na pewno w końcu XVII wieku. Pierwsza budowla postała w 1731 roku i jest zaznaczona na starych mapach dokładnie w tym miejscu gdzie stoi dzisiaj. Jednak na początku XIX stulecie na Rozewiu nie płonęło żadne światło. Oleśnie przekonał się o tym Napoleon, który w 1807 roku, w czasie sztormu stracił tu 14 okrętów. Tragiczny los armady sprawił, że znów zapalono światło. Tym razem, w 1822 roku, postawiono kamienną wieżę, a na niej osadzono laternę ze światłem. W 1910 roku podwyższoną ją o 5 metrów, dobudowując stalowy stożek – w takiej formie przetrwała ona do lat siedemdziesiątych. Była to wtedy jedna z najnowocześniejszych i najsilniejszych latarni morskich. Przed pierwszą wojną światową była to najsilniejsza latarnia w Niemczech, a w całej Europie mocniejszym światłem dysponowała tylko jedna latarnia francuska. Do dzisiaj jest to najsilniejsza latarnia na polskim wybrzeżu i jedna z najmocniejszych na Bałtyku.

W międzyczasie w pobliżu postawiono drugą latarnię. Otóż w tej części wybrzeża Bałtyku w połowie XIX wieku były tylko dwie latarnie – Czołpino i Rozewie. Jak wiadomo – w nocy wszystkie koty są czarne, a latarnie nie dysponowały wtedy jeszcze precyzyjnymi urządzeniami, dla odróżnienia postanowiono więc, że na Rozewiu płonąć będą dwa światła. Ta druga, „nowa” latarnia stoi do dzisiaj ale w przeciwieństwie do starej nie jest udostępniona do zwiedzania. Co ważne – od czasu dostawienia drugiej latarni liczba wejść na mielizny w pobliżu przylądka wyraźnie się zmniejszyła.

Rozewie

W latach 70. rozewskie buki tak podrosły, że trzeba było latarnię podwyższyć – zrobiono to montując kolejny stalowy segment – tym razem 8-metrowej wysokości. Podczas montażu pozostawiono w nienaruszonym stanie stare urządzenie obrotowe z żarówką i dyskową soczewką, natomiast w podwyższonej laternie zainstalowano na obrotowym stole dwa panele, każdy z 20 reflektorowymi żarówkami. Światło umieszczone jest więc dziś w 33 metrowej wieży, na wysokości ponad 83 m n.p.m, a widoczne jest z odległości 26 mil morskich, a więc prawie 50 kilometrów!

Obecnie rozewska bliza jest filią Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku. Zobaczyć tu mozna stary reflektor latarni Stilo z soczewką Fresnela (reflektor tego typu działał w latarni na Rozewiu przed jej podwyższeniem i nadal można go zobaczyć w latarni), światła nawigacyjne oraz makiety dawnych latarń począwszy od starożytnej latarni na wyspie Faros. Wielkim zainteresowaniem cieszy się wystawa latarń z polskiego wybrzeża. Oczywiście wielką atrakcją jest wejście prawie na sam szczyt latarni, skąd rozpościera się kapitalny widok na okolicę. Najciekawszym elementem jest widok nasady półwyspu helskiego – bodaj z żadnego innego miejsca nie wygląda on tak efektownie i plastycznie.

Rozewie

Oprócz samej latarni, można tu jeszcze zobaczyć budynek starej maszynowni z lokomobilą, generatorami, sprężarką i tablicami rozdzielczymi. Maszyna parowa napędzająca prądnice również uruchamiała buczki w pobliskiej syrenowni. Latarnik często ze swą rodziną musiał być samowystarczalny, stąd obok latarni znajduje się budynek wędzarni i jednocześnie piekarni, które również zachowały się w kompleksie zabudowań latarni. W sumie – rozewska bliza jest nie tylko miejscem ciekawym i pouczającym, ale również bezcennym zabytkiem techniki, o randze z której nie zawsze zdajemy sobie sprawę.

Przy samej latarni warto jeszcze wspomnieć o dwóch postaciach z nią związanych. Od lat 30. latarnia na Rozewiu nosi imię Stefana Żeromskiego. Według powszechnie przyjętej wersji, powstały tutaj spore fragmenty „Wiatru od morza” – jednej z najpiękniejszych opowieści o związkach Polski z Bałtykiem na przestrzeni wieków w polskiej literaturze. W latach 1920-23, Żeromski przebywał nad polskim morzem, ale nie ma dowodów, że tworzył na Rozewiu. Z relacji córki głównego wydawcy jego dzieł (Hanny Mortkowicz-Olczakowej), wynika natomiast, że całość tego dzieła powstała w Warszawie… Nie umniejsza to ani wartościom literackim dzieła, ani też nie zmniejsza magii rozewskiego cypla. W ścianę latarni wmurowano tablicę upamiętniającą pisarza, a wśród zabudowań stoi także jego niewielki pomnik.

Rozewie

Zalatującą romantyzmem legendę o pobycie Żeromskiego w latarni i jej wpływie na twórczość artysty, ugruntował Leon Wzorek, który przez wiele lat sprawował tu funkcje latarnika, będąc „dobrym duchem” tego miejsca. To druga niebanalna postać związana z tym miejscem. On także był inicjatorem założenia w latarni muzeum. Kiedy wybuchła II wojna światowa, radzono mu (jako aktywnemu działaczowi propolskiemu wśród Kaszubów) by wycofał się z wojskiem na Półwysep Helski. Mógł uciec, ale został. Zginął w grudniu 1939 roku, rozstrzelany przez hitlerowców w lasach pod Piaśnicą…

Pora w końcu opuścić latarnię i wrócić nad morze. Schodzimy stromymi schodkami, wśród wspaniałej buczyny, chronionej obecnie rezerwatem. Niektóre drzewa mają ponoć prawie 200 lat. Szczególnie niesamowicie jest tu, kiedy jesienią wiatr od morza tarmosi konarami i zrzuca na ziemię całe dywany liści. Ten las jest nie tylko wspaniałym sanktuarium przyrody, ale chroni także klif, utrwalony tu już na dobre. Bez niego być może latarni by już nie było… Aby wspomóc ochronę przed falami, już pod koniec XIX wieku wybudowano wzdłuż przylądka kamienną opaskę. Po wielu remontach i rekonstrukcjach stoi do dzisiaj – co prawda miejsce to straciło na naturalnej dzikości, ale mur się sprawdził od wielu lat nie notowane są tutaj większe obsuwy ziemi.

Rozewie

Wzdłuż morza wędrujemy dalej, skręcając wyraźnie na południowy wschód, w kierunku Władysławowa. Po prawej towarzyszy nam mocno już poprzerastany zaroślami klif, w okresie międzywojennym praktycznie nagi i bezbronny. Tu i ówdzie na plaży leżą konary drzew, a wśród piasku znaleźć można zadziwiającą różnorodność otoczaków – skandynawski import sprzed tysięcy lat J . Miejscami klif odsłania się na dłuższych odcinkach i wtedy można dostrzec, że budują go dwa kompleksy skał. Im dalej w stronę Chłapowa, tym częściej widać niżej zalegające osady trzeciorzędowe z całkiem sporymi wkładkami węgla brunatnego (wydobywanego tutaj prze wojną w małych ilościach). Wyżej zalegają osady morenowe odcinające się jaśniejszą barwą od podłoża.

W końcu dochodzimy do pięknie wykształconego Wąwozu Chłapowskiego, od 2000 roku chronionego jako rezerwat. Podobno jego druga nazwa – Rudnik – od rudoczerwonej ziemi, symbolu krwawej zasadzki na Szwedów która miała tu miejsce. Naukowcy mają trochę inne zdanie – czerwonawe zabarwienie pochodzi od związków żelaza, które wody gruntowe wypłukują z materiału skalnego. Tak czy owak – miejsce to należy do najbardziej urokliwych i zachwycających krajobrazowo na całym polskim wybrzeżu. Wędrujemy w górę doliny, wśród jałowców, żarnowców i rokitnika. Tu z kolei szczególnie pięknie jest wiosną, kiedy cala okolica zalana jest żółtym kwieciem. W końcu wydostajemy się na wierzchowinę – teraz koniecznie trzeba wrócić na skraj klifu, widok stąd bowiem należy do najpiękniejszych nad naszym Bałtykiem. Jak na dłoni widać stąd kępę Rozewia, wpuszczoną daleko w morze, tą wspaniałą kaszubską forpocztę lądu. Osobiście przyznam się, że jest to jedno z tych miejsc na naszym wybrzeżu, w którym mogę spędzić kilka godzin, bez poczucia znużenia otaczającym krajobrazem. Najlepsze zawsze warto zostawić na koniec…

Rozewie

Wrócić stąd można w kilka minut do szosy, którą najlepiej wrócić do Jastrzębiej Góry, lub też plażą pójść dalej do Władysławowa. Można pójść też wierzchowiną do „Władka”, ale zabudowane gęsto kempingami, straciły one wiele ze swojego uroku. Zresztą w ostatnich latach zaobserwować można coraz większą tendencję do grodzenia coraz większych areałów łąk w pobliżu chłapowskiego jaru. Kiedy znikną tu ostatnie łąki, nie wiem czy jeszcze tu wrócę…

Kończę więc widokiem, którego już nie ma. Widokiem z obrazu Michaliny Krzyżanowskiej, przedstawiającym Rozewie jakiego już nie ma. A do tego fragment przewodnika (tak, to jest przewodnik, tak się kiedyś pisało, eh…) „Na kaszubskim brzegu” Bernarda Chrzanowskiego: „ Z powrotem nie tą samą drogą do Łebcza, lecz nad brzegiem wielkiego morza po płaskowzgórzu na południe-wschód. Jest to jedna z najpiękniejszych dróg na kaszubskim brzegu, piękna swą prostą, czasem surową i dziką, lecz świeżą, odrębną urodą. Ledwo zeszliśmy spod latarni kilkadziesiąt kroków, ku Chłapowu, zatrzymuje nas widok. Płaskowzgórze zniża się przed nami w dal; tylko „jastrzębia góra” zasłania nam swą łagodną wyniosłością część widnokręgu; na lewo od niej widne lekko wygięte wybrzeże, hen daleko aż po Wielką Wieś, aż na Hel, coraz niższe tonące w końcu w morzu. Idziemy dalej pustą drogą, bez drzew, piaszczystą, dziką; jesienne pola jakby wichrami zniszczone, jakby chwasty tylko marne rodziły; gdzieniegdzie wątłe tylko krzaki janówca przy drodze. Za górą ukazuje się nam co chwila morze, znika i znów przed oczy wysuwa, pod wieczór jesienny spokojne, modre, zimne. Zielone jary uchodzą ku niemu. Czerwone koniczyny rzeźwią czyste, jasne powietrze. (…) Nad dwoma morzami – jak lud mówi – jak biczysko, wąziutki, z dwóch stron wodą oblany Hel. (…) Stąd do Pucka, na wieczorny pociąg.”

Nie ma już tego widoku, ale zawsze warto zobaczyć przynajmniej te reszki które zostały :-)

Rozewie

Informacje praktyczne

Opisana wycieczka jest prosta orientacyjnie i nie męcząca, w sumie z Jastrzębiej Góry do Chłapowa jest ok. 9 km, w większości plażą lub leśnymi ścieżkami. Jeśli pójdziemy dalej do Władysławowa, czeka nas jeszcze 3 km marszu.

Latarnia morska na Rozewiu otwarta jest od maja do września, poza tym terminem wizytę należy uzgodnić telefonicznie +48 586 749 542. Wstęp – normalny 8 PLN, ulgowy 5 PLN.