Tegoroczna zima była taka, jakby jej nie było. Ale to nie znaczy, że śniegu brakowało wszędzie. Na Babiej Górze nadal jest go dość sporo, dlatego to najlepsze miejsce by pożegnać się z zimą. A jak już Babia Góra – to oczywiście obowiązkowo wschód słońca. Nie ma chyba w polskich górach drugiego takie miejsca, gdzie początek dnia byłby tak spektakularny jak na najwyższym szczycie Beskidów Zachodnich. Oczywiście – tylko wtedy, kiedy pogoda jest stabilna, a na górze nie wieje mocny wiatr. A takie dni nie zdarzają się za często. Tym razem jednak „Królowa Beskidów”, ta prawdziwa „Kapryśnica” i „Matka Niepogód” była łaskawa. I chociaż warstwa chmur i mgieł przykrywała wiele okolicznych szczytów, ten niesamowity codzienny spektakl początku dnia, wypadł naprawdę wspaniale.

Szczyt Babiej Góry, najwyżej wzniesione miejsce naszego kraju poza Tatrami, od dawna słynie z efektownych wschodów i zachodów słońca. Tradycyjnie wyglądało to tak – turyści pierwszego dnia docierali do schroniska na Markowych Szczawinach, po czym w nocy, w świetle latarek (a wcześniej pochodni) wyruszali na wierzchołek Diablaka (dla niezorientowanych – tak nazywa się najwyższy punkt całego masywu Babiej Góry), gdzie witały ich pierwsze promienie słońca. Dziś wygląda to nieco inaczej – to znaczy oczywiście można wyruszyć jeszcze w nocy z Markowych Szczawin, ale częściej turyści nocują na wierzchołku (co generalnie jest zakazane przez regulamin Parku Narodowego), lub wyruszają nocą z Krowiarek, na które można wygodnie dojechać samochodem (tego również regulamin parku, nie dopuszcza, chociaż zimową porą jest to na pewno dużo mniej inwazyjne dla okolicznej przyrody niż latem).

Z wierzchołka Babiej Góry rozpościera się jedna z najwspanialszych panoram górskich w Karpatach Zachodnich. Obejmuje ona całe Tatry, Podhale, Beskid Żywiecki, Śląski, Mały, Makowski, Wyspowy, Gorce, a na południu Góry Choczańskie, Beskidy Orawskie, Niżne Tatry a także Małą i Wielką Fatrę. W sumie dobrze ponad sześć setek szczytów (ich rozpoznawanie to naprawdę pasjonujący sport ;-) ). To właśnie dlatego wschody słońca oglądane z jej wierzchołka, są niezapomnianymi przeżyciami. Zresztą – zachody słońca – także.

Najpiękniejsze wschody słońca oglądane z wierzchołka, można oglądać zimą (grudzień, styczeń), kiedy czerwona tarcza wschodzi nad Tatrami, a w dolinach często zalega prawdziwe morze mgieł. W pobliżu równonocy wiosennej i jesiennej słońce wschodzi (jak sama nazwa zjawiska wskazuje) dokładnie na wschodzie – z powodu równoleżnikowego przebiegu głównego grzbietu Babiej Góry, lepiej oglądać go z Gówniaka lub Kępy – mamy wtedy pod sobą więcej przestrzeni. Z kolei w lecie najpiękniejsze są zachody słońca, kiedy ostatnie promienie dnia kładą długie cienie na górach i dolinach, czyniąc rzeźbę terenu niesamowicie plastyczną. Tak czy inaczej – wschód (czy też zachód) słońca na Babiej zawsze jest przeżyciem…

Babia Góra - pożegnanie z zimą

***

Pierwszy raz o wschodzie słońca na Babiej Górze usłyszałem od ojca, który mając dziesięć lat, jak wielu bielskich turystów, wszedł na wierzchołek ze swoim ojcem (czyli moim dziadkiem). Jego opowieść pamiętam tak dokładnie, jakbym sam tam wtedy wszedł. Wschód słońca na wierzchołku Królowej Beskidów to była wtedy cała wyprawa. Najpierw pociągiem do Huciska, a stamtąd przez góry do schroniska na Markowych Szczawinach. Po kilkugodzinnym odpoczynku, kończącym cały dzień wędrowania w deszczu, nocą, kiedy niebo zaczęło się przecierać, można było wejść na szczyt, a tamten wschód na zawsze pozostał w pamięci – mojego taty. I mojej zresztą też – opowieść ta bowiem zrobiła na mnie takie wrażenie, że widziałem już wtedy, że podobnych chwil nie zabraknie też i w moim życiu.

Od tego czasu (opowieści o wschodzie na Babiej) minęło już ponad 30 lat. W tym czasie na Diablaku byłem ponad trzydzieści razy, z tego dziesięć – na wschodzie słońca, o każdej porze roku. Dziesięć i ten jeden dodatkowy raz – w opowiadaniu taty :-). I chyba nie zaskoczę nikogo, kiedy powiem, że zamierzam zrobić to jeszcze co najmniej drugie tyle razy – kto choć raz obserwował początek dnia w górach, wie o czym mówię.

Dlatego, kiedy przez kilka dni wszyscy trąbili o tym, że będzie zmiana czasu i będziemy krócej spać, szybko wpadliśmy na pomysł – skoro mamy spać krócej, to może mogole nie śpijmy – idźmy w góry na wschód słońca. Nie było żadnych wątpliwości, że padnie na Babia Górę :-). Zwłaszcza, ze obecnie nie potrzeba na taki wypad kilku dni – wystarczy nocą wyjechać z Krakowa (tak koło drugiej obecnie), żeby spokojnie od Krowiarek wejść w dwie i pól godziny na szczyt i spokojnie obserwować, jak czerwony dysk powoli wyłania się zza gór, powoli przełamuje przez zwielokrotniające jego powierzchnię zamglenia, by w końcu uderzyć w twarz pierwszymi, naprawdę ciepłymi promieniami.

Babia Góra - pożegnanie z zimą

Kiedy po czwartej wychodziliśmy z Krowiarek, było mroźno, a na niebie skrzyły się tysiące gwiazd. Co tu dużo mówić – takiego nieba nigdy nie zobaczycie w mieście. Nieba, na którym droga mleczna to nie rozmazana smuga, ale prawdzie „kropkowana” wstęga przecinająca niebo na pół. Droga znana – więc w ciszy pokonujemy pierwsze metry podejścia. Świerkowy bór jest cichy tym razem jak nigdy, a po śniegu nie pozostał najmniejszy ślad. Wszystko idzie jak z płatka i liczymy na szybkie wejście na szczyt. Ale liczyć na zbytnią łaskawość Babiej Góry – to prowokacja. W końcu nie przez przypadek nazywają ją „Kapryśnicą”. Tym razem zaskoczyła nas zalodzeniem chodnika – marudzimy więc przez długi czas przed wierzchołkiem Sokolicy, kiedy dochodzimy w końcu do Kępy, wiemy już, że nie będziemy na szczycie przed wschodem.

Zostajemy na Kępie – i słusznie. Po kilku minutach pojawia się pierwszy czerwony punkt na horyzoncie, tuż przy prawym ramieniu Mogielicy (do poczytania o Mogielicy zapraszam tutaj>>). Stoimy w ciszy, jak zaczarowani, słońce jest powiem ogromne, powiększone przez mgły, nabrzmiałe czerwienią i matowym blaskiem. I dopiero po kilku minutach czujemy na twarzy pierwsze ciepłe liźnięcia dnia.

Nie zdążyliśmy na szczyt przed wschodem, ale to nie znaczy, że szczytu nie zdobędziemy. Po kolejnych czterdziestu minutach, po grzbietowym podejściu, które znane jest z tego, że co chwila zwodzi wędrowców bliskim wydawałoby się szczytem, który po chwili okazuje się tylko kolejnym załamaniem grzbietu, tym podstępnym peryglacjalnym tarasem, który wysysa nadzieję i przynosi zwątpienie zmęczonym nogom. Na szczycie – sporo ludzi, którzy byli tu przed nami. Herbata, czekolada, kanapki, krótka rozmowa, życzliwe „do zobaczenia” i ruszamy w dół. O 11-tej jesteśmy już w domu. Zima została godnie pożegnana, a wiosenno-letni okres wycieczek górskich – rozpoczęty „z górnego C”. I oby to była zapowiedź pięknego sezonu :-)

Babia Góra - pożegnanie z zimą

Informacje praktyczne

O samej Babiej Górze na pewno jeszcze będę pisał w tym roku na blogu, zresztą, jest to góra tak ciekawa, że posiada nawet własną encyklopedię (to chyba jedyny taki przypadek w Europie). Tutaj tylko wspomnę – wyprawa na szczyt z przełęczy Krowiarki zajmuje około 2-2.30 godz., zejście w dół – dobre półtorej godziny. Zawsze trzeba sprawdzić pogodę na najbliższą dobę (najlepiej na norweskim serwisie pogodowym www.yr.no ), a także komunikat GOPR-u (www.gopr.pl) – chociaż tym razem nie było w nim mowy o lokalnych oblodzeniach :-).