Na początku wygląda to jak podróż w kabinie metra, wąski, wybetonowany tunel wydaje się nie mieć końca, gdy nagle, za zakrętem wagonik wyjeżdża spod ziemi, przekracza bystrą i błękitną od lodowcowej wody rzekę, po czym znów chowa się pod ziemią. Tory staję się stromsze i po kilkunastu minutach czeka nas przesiadka do wygodnej gondoli. Kiedy bezszelestnie odbija od peronu i coraz szybciej nabiera wysokości, mknąc ponad czubkami smreków, za plecami otwiera się coraz szersza panorama, a zza kolejnych grzbietów, wyłaniają się coraz to nowe, poszarpane granie. Ostatni odcinek kolejka pokonuje bez żadnej podpory, sunąc wzdłuż wapiennych ścian, pociętych rysami i żlebami, spod których niczym ogromne wachlarze osypują się kształtne stożki piargów. Jest coraz chłodniej i przestrzenniej, i z każdą minutą jakby coraz więcej nieba wokoło. Nie zmienia się tylko jedno –w dole ciągle, niczym na wielkiej mapie, widać wyraźnie siatkę ulic rozpiętą pomiędzy czerwonymi dachami domów i wież licznych kościołów. To Innsbruck – prawdziwa „Stolica Alp”.

czytaj dalej…