PodoleNa to spotkanie czekałem długo i niecierpliwie. Tak, jak się czeka, by zobaczyć w końcu kogoś z rodziny, o kim tyle się słyszało, a którego do tej pory nie było dane poznać. Podole… Najbardziej egzotyczna część Kresów przedwojennej Polski. Miejsce, gdzie przyroda i historia stapia się w jedną całość. Gdzie szerokie przestrzenie, stepy i żyzne czarnoziemy, gdzie wzniesienia Miodoborów ze skałami na kształt rozwalisk średniowiecznych zamczysk, gdzie głębokie jary, kręte, dzikie, nieziemsko malownicze, z fascynującym jarem Dniestru na czele. Gdzie każda piędź ziemi przesiąknięta jest jej dziejami, a na każdym niemalże kroku odzywa się echem wydarzeń z  historia naszego kraju, gdzie klimat sienkiewiczowskiej Trylogii miesza się z przeciągłą nutą kozackich dumek. Gdzie w końcu zamki, ruiny, kurhany i mogiły, kościoły, klasztory i całe miasta – zabytki wielkiej klasy artystycznej, a jeszcze większej – emocjonalnej. … No więc to zachodnie Podole, w końcu udało się zobaczyć. Krótko, bo krótko, ale nie mam wątpliwości, że to tylko przygrywka do większej kresowej przygody – z historią, dziedzictwem, przyrodą. I z ludźmi – bo o nich też trzeba tu koniecznie powiedzieć, ludźmi życzliwymi i serdecznymi, mimo tego ile nas czasami dzieli – otwartymi i przyjaznymi. Wyruszmy więc w podróż po tej fascynującej krainie, gdzie tyle się działo, która powinna być nam bliska, a o której nadal tak mało wiemy…

Podole to jeden z najciekawszych regionów dawnej Rzeczypospolitej, a wędrówka przez jego pofalowany płaskowyż to prawdziwa przygoda. Życząc przyjemnej (mam nadzieję) lektury, już dziś zapraszam do śledzenia kolejnych wpisów na Facebooku.

Jechałem przez rozległy płaskowyż. Autem rzucało niemiłosiernie. Każda dziura w czymś, co kiedyś było asfaltem, każda łata, nierówność, odczuwalna była po dwakroć, żwawy sprinter dawał rady, choć lata świetności miał już za sobą dawno. Kierowca na pełnym luzie, z  nieodłącznym papierosem w dłoni, omijał co większe wyrwy, z niemałą maestrią unikając czołówek, bądź sprytnie przytulając się do pobocza, czasami zaś bezczelnie wymuszając pierwszeństwo na mniejszych i słabszych. Wszystko to przypominało bardziej walkę ze sztormem niż podróż przez europejski, było nie było, kraj, zaledwie 250 km od granicy Polski. Ale w sumie nie przeszkadzało mi to. Cieszyłem oczy widokiem miasteczek, ślicznych wiosek, pól i zagajników.  Cieszyło też to uwodzicielskie falowanie widnokręgu, które powoduje, że w głowie zaciera się poczucie czasu i przestrzeni. Przez trzy dni bowiem przemierzałem krainę niebywale piękną. Aparat rejestrował rzeczywistość, zmysły – ten nadprzyrodzony stan powietrza, przeżartego oparami historii, który nie pozwala obojętnie spojrzeć tutaj na żaden przydrożny krzyż, kapliczkę, resztkę muru…

Podole cz.1

Wtulony w wytarty fotel „marszrutki”, z policzkiem przyklejonym do szyby, przypominałem sobie wyjątki ze Stasiuka (bo lubię J). „Pofalowaną wyżynę przecinały głębokie jary rzek. Niegdysiejszy step zamieniony w pola uprawne wciąż miał w sobie potęgę i rozległość. Horyzont był jak namagnetyzowany i nie można było od niego oderwać spojrzenia. Wąwozy rzek: Dniestru, Prutu, Seretu odsłaniały kolejne warstwy geologiczne sprzed setek tysięcy lat, sprzed milionów. Na wzgórzach i w dolinach kryły się senne wsie. Chaty o białych ścianach i niebieskich okiennicach stały w wiśniowych i jabłoniowych sadach. Wegetacja była tak bujna, że nawet powietrze wydawało się zielone…” („Nie ma ekspresów przy żółtych drogach”). A cała podróż, z konieczności krótka (och tak, na podróże, rozmyślania i miłość nigdy nie ma tyle czasu, ile byśmy potrzebowali…) jakoś sama układała się w ciąg migawek…

***

Zanim całkiem jeszcze zanurzyłem się w magii Podola, na chwilę zahaczyłem o Krzemieniec, wciśnięty głęboko w dolinę, pomiędzy wzgórza i wąwozy wysokiej krawędzi Wyżyny Podolskiej. Wpadłem dosłownie na godzinkę, by z wysokiego wzgórza popatrzeć w dół na to fascynujące miasto, ten jedyny w swoim rodzaju zespół krajobrazowo-przestrzenny, który tworzy rozciągnięta w dolinie, pomiędzy zalesionymi pagórami Gór Krzemienieckich zabudowa.

Podole cz.1

Ze sterczącej ponad 150 metrów ponad główną oś miasta Góry Zamkowej (nazywanej też Górą Bony) jak na dłoni widać wszystkie najciekawsze zabytki – na północy zespół zabudowań dawnego klasztoru reformatów, bliżej w dole cudowny barok (??) zespołu franciszkańskiego, z pięknym kościołem, zaraz za nim rynek z ciekawymi bliźniaczymi domami  i w końcu najbardziej rzucający się w oczy, najcenniejszy zabytek miasta – barokowy zespół pojezuicki, z malowniczym kościołem. Dalej, dawny klasztor bazylianów, którego to wszystkie budynki zajmowało słynne Liceum Krzemienieckie, mogące się pochwalić tak znamiennymi absolwentami jak Joachim Lelewel, Ernest Malinowski, Stanisław Worcell i oczywiście najsłynniejszy z nich, Juliusz Słowacki. Jego piękny pomnik można zobaczyć w stojącym nieco na południe od rynku, skromnym kościele katolickim św. Stanisława – co ciekawe jedynym kościele na Wołyniu, którego władze radzieckie nigdy nie zamknęły.

Z Góry Bony, na szczycie której sterczą malownicze ruiny zamku widać o wiele więcej niż tylko samo miasto. Widać jak górzyste Podole przenika się z nizinnym, płaskim Wołyniem, z majaczącą w oddali potężną sylwetka Ławry Poczajowskiej, a na południu łagodnie pofalowaną wierzchowinę, którą wkrótce przyjdzie mi przebyć. Dzień powoli dobiega końca, a wraz z wydłużającymi się cieniami przypadkowych przechodniów, coraz bardziej czuję, jak powietrze wypełnia się tym eterycznym zapachem dawnych dziejów, bezpowrotnie minionych… Następnym razem w Krzemieńcu z pewnością zagoszczę na dłużej, a teraz pora w dalsza drogę…

Podole cz.1

 

***

Droga na południe, z Krzemieńca do Tarnopola, prowadzi przez rozległy pofalowany płaskowyż Wyżyny Podolskiej. W miejscu, gdzie gościniec (ze względu na jakość, to chyba najlepsze określenie J ) przecina głęboko wciętą dolinę rzeki Horyń, leży Wiśniowiec. Ciężko dziś doprawdy przedrzeć się przez prowincjonalny charakter miasteczka, by dotarł do świadomości fakt, że było to kiedyś główne gniazdo rodu książąt Wiśniowieckich, jednego z najwybitniejszych w dawnej Rzeczpospolitej. Rodu, który polskiej historii dał słynnego kniazia Jaremę, opiewanego przez Sienkiewicza w „Ogniem i Mieczem”, a ukraińskim dziejom dał Dymitra Wiśniowieckiego, który ufortyfikował na własne potrzeby Małą Chortycę dając początek Siczy Zaporoskiej.

Jedynym właściwie śladem świetności tego miejsca jest zamek, a właściwie wielki pałac, niedawno pięknie odremontowany po latach zaniedbania. W środku skromne, ale dla miłośnika historii mocno angażujące wnętrza, z pięknymi obrazami przedstawiającymi – oprócz obowiązkowych portretów kolejnych posiadaczy Wiśniowa – dzieje Dymitriady i wielkiej „kariery” Maryny Mniszchówny (po śmierci ostatniego z rodu Wiśniowieckich – Michała Serwacego – dobra przeszły właśnie w ręce Mniszchów).

Podole cz.1

Wychodząc z terenu pałacowego przez lekką, barokową bramę, warto jeszcze rzucić okiem na podobną, położoną naprzeciwko. To ostatni zachowany ślad po zespole klasztornym karmelitów, w którym odbył się pamiętny pogrzeb ostatniego z Wiśniowieckich, uznany za najwspanialszą ceremonią żałobną w XVIII-wiecznej Rzeczpospolitej. W sumie nic w tym dziwnego, wszak Michał Serwacy był nawet jak na tamte czasy niewyobrażalnie bogaty – tylko na Wołyniu należało do niego 9 miast i 150 wsi, a miał jeszcze dobra na Polesiu i Litwie… Kościół spłonął w 1863 roku, potem odbudowano go, a kres jego istnieniu przyniósł rok 1944, kiedy został doszczętnie spalony przez UPA, a ruiny wysadzono w powietrze w latach 60-tych.

Jeszcze ostatnie spojrzenie na dolinę Horynia, który toczy swe wody przez cały Wołyń, hen gdzieś ku Prypeci… Czuję jak historia, wszystkie jej dramatyczne zwroty akcji, zwycięstwa i klęski, zaczynają coraz mocniej sączyć się w głąb umysłu. Zachwyt nad otaczającą krainą i coraz intensywniejszy „dziejowy ból głowy” z każdą chwilą jest coraz mocniejszy. I dobrze. Bez tego nie da się zrozumieć do końca oblicza Kresów…

Podole cz.1

 

***

Na samej granicy historycznego Wołynia i Podola leży Zbaraż, z tym, że jako jedno z nielicznych miast wołyńskich po pierwszym rozbiorze Polski znalazł się w granicach austriackiej Galicji, podczas gdy pozostałe znalazły się później w granicach Rosji. Ale Zbaraż to nie jakieś tam tylko miasteczko nad granicą. Zbaraż! Czy jest inne miejsce, które tak silnie oddziaływałoby na wyobraźnię kogoś, kto przeczytał sienkiewiczowską Trylogię? Chyba tylko Kamieniec Podolski może się z nim równać pod tym względem. Z tym, że tam mieliśmy spektakularną porażkę, a tu – skuteczną obronę, jedną z najbardziej spektakularnych w czasie całego okresu XVII-wiecznych wojen prowadzonych przez Rzeczpospolitą, kiedy to ponad 100-tysięcznej armii Kozaków opór stawiło zaledwie około 14 tysięcy obrońców, dowodzonych przez kniazia Jaremę.

Szczęśliwym zrządzeniem losu, zbaraska twierdza przetrwała do naszych czasów w dość dobrym stanie, choć oczywiście mocno zmieniona od pamiętnego roku 1649. Cztery regularne bastiony, mocna brama i dość skromny pałac wewnątrz, zadziwiają przede wszystkim niewielkimi rozmiarami. Pięknie zrekonstruowane wnętrza, naprawdę odtworzone na wysokim poziomie. I co ważne – ekspozycja dość obiektywnie przedstawiająca dzieje zbaraskich rodów i fortecy, łącznie z czasami konfliktu Rzeczpospolitej z Ukrainą Chmielnickiego.

Podole cz.1

Rzecz to wcale nie taka oczywista. To w ogóle najtrudniejsza sprawa przy podróżowaniu przez Ukrainę – spotykasz życzliwych ludzi, oglądasz wspaniałe miejsca, ale często patrząc na to samo, my widzimy swoje – a oni co innego. Ale jak widać na przykładzie Zbaraża – można znaleźć „obiektywną wersję”. I zapewne uda się to zrobić z coraz szerszym zakresem naszych – bolesnych przecież często – wzajemnych relacji w ciągu kilkuset lat współżycia. W każdym razie – taką mam nadzieję…

***

Ciągle brakuje mi czasu. Wszędzie jestem co najmniej o połowę krócej niż bym chciał. Ale taki urok „objazdówki”. Tarnopol bez wątpienia wart jest spędzania tu całego dnia. Na tle innych miast i miasteczek jest prawdziwą metropolią Podola Galicyjskiego (czyli tej jego części, która leżała w zaborze austriackim). Wyróżnia się nie tylko wielkością, ale i wyglądem – pięknie odnowione budynki, mnóstwo kwiatów, skwery i fontanny. I przestrzeń – zwłaszcza ta nad brzegiem Stawu Tarnopolskiego, która „towarzyszy” miastu od samego początku jego istnienia, dawniej wzmacniając obronność, a dziś będąc ulubionym deptakiem, niczym jakaś śródziemnomorska promenada…

Podole cz.1

Ze starej, przedwojennej siedziby województwa przetrwało całkiem sporo zabytków, chociaż niektóre zostały bezmyślnie (a właściwie jak najbardziej celowo) zniszczone – bez względu na to czy to synagoga, kirkut, czy też neogotycki kościół parafialny. Ale to co pozostało i tak robi ogromne wrażenie, zwłaszcza, że jest zazwyczaj w bardzo dobrym stanie.

Najpiękniejszym zabytkiem Tarnopola jest bez wątpienia kościół podominikański – jedno z najwybitniejszych dzieł baroku w Galicji, z dwoma charakterystycznymi wieżami, których hełmy „spiczaste, wielokrotnie załamane, nasuwają skojarzenie z azjatyckimi pagodami” (tak pisze o nich Grzegorz Rąkowski w przewodniku „Podole” – najlepszym dostępnym na rynku dotyczącym tego terenu). Ładnie prezentuje się też monumentalny zamek, zwłaszcza od strony stawu. Warto też zobaczyć dwie zabytkowe cerkwie (jedna na południowym brzegu stawu, druga w centrum miasta), a także tutejsze muzeum krajoznawcze.

Podole cz.1

Ale przede wszystkim trzeba trochę powłóczyć się po mieście, poczuć jego puls, i ten klimat wielkiego miasta, mieszający się z atmosferą wypoczynkowego kurortu. Przez lekko zmrużone oczy można zobaczyć wtedy, ten charakterystyczny rytm wschodnioeuropejskich miast, w których codzienny mozół pracy, pragmatyzm niełatwej codzienności, mrówcza pogoń za „więcej i zamożniej” miesza się z porannym lenistwem, człapaniem po ulicach bez celu i bez presji „lepszego jutra”. I wszystko to zazwyczaj z prostotą i pogodą ducha. Więc mimo brakującego mi czasu,  nie mogę sobie odmówić odrobiny „włóczenia się”… :-)

***

Na południe od Tarnopola, dolina Seretu nad którym leży miasto, zwęża się i coraz głębiej wcina w połogą płytę Podola. Nie jest to jeszcze ten wspaniały jar, który można podziwiać u jego ujścia do Dniestru, ale krajobraz robi się coraz bardziej wyrazisty. Tutaj, w niewielkiej kotlince leżą Mikulińce – bez wątpienia najciekawsza z podmiejskich satelit Tarnopola. Dawne miasteczko, obecnie dość znane uzdrowisko, ciekawe jest głównie ze względu nas swoją historię i zabytki.

Podole cz.1

Jest to jedna z najstarszych osad podolskich, własność kolejno Jordanów, Zborowskich, Koniecpolskich, Lubomirskich, Potockich, w końcu też Konopków i Reyów. Ma kilka zabytków, dla których warto się tu zatrzymać. Przede wszystkim – kościół parafialny pw. Św. Trójcy, uznany za jedną z najwspanialszych barokowych świątyń dawnej Galicji, wzorowaną na drezdeńskim Hofkirche. Zachowała się ponoć całkiem spora część wyposażenia, choć osobiście nie udało mi się zajrzeć do środka.

Niedaleko od niego wśród pól, na stoku leży dawny katolicki cmentarz, zarośnięty i zaniedbany, ale z zachowanymi pięknymi nagrobkami. Równie zarośnięte i mocno zniszczone stoją na krawędzi doliny ruiny tutejszego zamku – pamiętającego jeszcze czasy Anny Jordanowej, która wzniosła go w XIV wieku. A po przeciwnej stronie kościoła warto jeszcze rzucić okiem na pałac Reyów, obecnie cześć sanatorium, z ciekawie ukształtowaną elewacją i ryzalitem, na którym muskularni Atlanci trzymają na swych barkach cały ten ciężar pochmurnego nieba. Prowincjonalnie, cicho, ale i wystawnie ponad stan, z przepychem nieprzystającym do rzeczywistości… Wszystko jakby trochę na wyrost,… Coraz bardziej pachnie Kresami…

Podole cz.1

 

***

Nie mogłem ot tak sobie, tylko rzucić okiem na cmentarz w Mikulińcach, a potem pojechać w dalszą drogę. Stałem, wpatrzony w łagodne zielone wzgórza leniwie spadające do doliny Seretu, w te kamienne i żeliwne krzyże i nagrobki, zmęczone, stare, czasami przygięte już prawie całkiem do ziemi i nie potrafiłem uwalnić się od wrażenia, że gdzieś, kiedyś widziałem już taki pejzaż, czułem to samo, … Tchnęło od nich jakimś ogromnym żalem, niewypowiedzianą skargą, ale i cierpliwością by trwać wbrew zakrętom historii przyjmować  wyroki dziejów, i cały czas jednak trwać w przywiązaniu do tej przestrzeni.

Podole cz.1

Nie jestem kresowiakiem, nie mam, ani też nigdy nie miałem żadnej rodziny na Podolu, Wołyniu czy Pokuciu. A jednak jakieś trudne do zdefiniowania poczucie więzi z tym miejscem nie pozwalało mi po prostu pójść… Nostalgia wymieszana ze złością, smutek z dumą, radość z obcowania z pięknem wymieszana z zatroskaniem, i nagła myśl czy aby na pewno następnym razem wszystko to będzie takie jak teraz. I nagle przypomniałem sobie o wszystkich tych starych cmentarzach Łemkowszczyzny. O zarośniętych krzyżach, smutnych Chrystusach, żeliwnych majstersztykach porosłych pokrzywami i zielskiem.

Podole cz.1

Im dłużej patrzyłem, tym bardziej uderzała mnie ta fascynująca równoległość historii. Paralela losów polskich cmentarzy kresowych i zaniedbanych łemkowskich nekropoli. Nagle zrozumiałem, co mogą czuć Rusini kiedy przyjeżdżają do doliny Wisłoki, pod Kanasiówkę, czy w dolinę Sanu. Poczułem przez chwilę ten bezmiar pustki, , wszystkie te sprzeczne uczucia, i to co jeszcze chwilę temu wydawało się niezrozumiałe, stało się jasne i proste. Ale nie mniej bolesne. Zobaczyłem i zrozumiałem. Błogosławieni, którzy nie wiedzieli, a zrozumieli…

Drugą część wrażeń z podróży przez ukraińskie Podole można przeczytać tutaj>>