Podole 2Jechałem przez rozległy płaskowyż. Autem rzucało niemiłosiernie, każda dziura w czymś, co kiedyś było asfaltem, każda łata, nierówność, odczuwalna była po dwakroć, żwawy sprinter dawał rady, choć lata świetności miał już za sobą dawno. Kierowca na pełnym luzie, z o obowiązkowym papierosem w dłoni, omijał co większe wyrwy, z niemałą maestrią unikając czołówek, czasami sprytnie przytulając się do pobocza, czasami zaś bezczelnie wymuszając pierwszeństwo na mniejszych i słabszych. Wszystko to przypominało bardziej walkę ze sztormem niż podróż przez europejski, było nie było, kraj, zaledwie 250 km od granicy Polski. Ale w sumie nie przeszkadzało mi to. Cieszyłem oczy widokiem miasteczek, ślicznych wiosek, pól i zagajników. Tego uwodzicielskiego falowania widnokręgu, który powoduje, że w głowie zaciera się poczucie czasu i przestrzeni. Przez trzy dni bowiem przemierzałem krainę niebywale piękną. Aparat rejestrował rzeczywistość, głowa – ten nadprzyrodzony stan powietrza, przeżartego oparami historii, który nie pozwala obojętnie spojrzeć tutaj na żaden przydrożny krzyż, kapliczkę, resztkę muru, który nie wiadomo czym był jeszcze sto lat temu…

Podole to jeden z najciekawszych regionów dawnej Rzeczypospolitej, a wędrówka przez jego pofalowany płaskowyż to prawdziwa przygoda. Zapraszam na drugą część relacji z wycieczki przez Tarnopolszczyznę.  Życząc przyjemnej (mam nadzieję) lektury, już dziś zapraszam do śledzenia kolejnych wpisów na Facebooku.

Pierwszą część relacji z podróży po Podolu można znaleźć tutaj>>

W obwodzie tarnopolskim, pod względem znaczenia i liczby ludności, Czortków zajmuje drugie miejsce, po stolicy regionu. Założony w XV wieku, w następnym stuleciu otrzymał prawa miejskie, przez następne wieki tocząc żywot typowego miasteczka kresowego – z wszystkimi epizodami, które właściwie można znaleźć w historii większości podolskich osad: pożary, napady tatarskie, Chmielnicki, Turcy, Austriacy i cztery wojny pierwszej połowy XX. wieku. Wszystko to złożyło się na obecny wygląd Czortkowa – niezbyt piękny, ale niezmiernie interesujący.

Podole cz.2

Jednym z najciekawszych zabytków, a jednocześnie miejscem, z którego widok na miasto jest najlepszy, są ruiny dawnego zamku czortkowskiego – wzniesionego razem z osadą, w miejscu, gdzie dolina Seretu jest nieco szersza, a więc i łatwiej dostępna najeźdźcom. W tym to zamku wojskom moskiewsko-kozackim stawiał opór kasztelan Paweł Potocki w 1655 roku, który swe bohaterstwo przypłacił trzynastoletnią niewolą. Po utracie swego znaczenia militarnego zamek służył kolejno jako rezydencja, magazyn, więzienie, a po ostatniej wojnie – baza transportowa. W okresie międzywojennym rozpoczęto remont starych murów, z przeznaczeniem na schronisko turystyczne, plany jednak przerwała wojna.

Obecnie po latach dewastowania, ponownie przywrócony został zwiedzającym, choć na razie jedynie w formie ruiny, ale za to starannie oczyszczonej i wyeksponowanej. Pięknie prezentuje się stąd leżące w dolinie miasto, z wysoką wieżą kościoła dominikańskiego,  i pobliską cerkwią Opieki Bogarodzicy.

Podole cz.2

Po drugiej stronie Seretu leży centrum Czortkowa – nieregularny rynek i jego otoczenie. To co najbardziej wyróżnia go spośród innych podolskich miasteczek to ruch. Centrum miasta tętni życiem, zwłaszcza przed południem. Przechodnie spieszący się do „ważnychdlasiebiemiejsc”, samochody, wchodzący i wychodzący ze sklepów, uliczni handlarze zachwalający swój towar, taksówkarze żywo gestykulujący w oczekiwaniu na klienta, wrzawa w jatkach mięsnych (nie w sklepie, a w jatkach właśnie!), ludzie trochę zmęczeni tym szybkim jak na podolskie warunki tempem, ale życzliwi i otwarci…

Wszystko to tworzy scenerię niesamowicie autentyczną – nic nie jest tu zrobione „pod turystę”, ale wszystko podane jak na dłoni dla bacznie obserwujących. Dla jednych – pewnie typowo wschodni bałagan, a dla innych – życie, życie po prostu! Czasem toporne i zgrzebne, ale czyż nie fascynujące? Są też oczywiście i zabytki. Wspaniały, podominikański kościół, mieszanina romanizmu i gotyku spod ręki Jana Sas-Zubrzyckiego, mimo skromnego wyposażenia zachwyca swoją architekturą. Ratusz z drewnianą wieżą, jakby przeniesiony z któregoś z galicyjskich uzdrowisk i ciągnący się po sąsiedzku bazar, z piętrowymi podcieniami, nadal pełniący handlową funkcję.

Podole cz.2

Do tego dwie cerkwie, dwie synagogi – wszystko razem w promieniu trzystu metrów od rynku. Jeżeli wielokulturowość to znak rozpoznawczy dawnych kresów, gdzie ciasne doliny podolskich rzek, wymusiły pomieszczenie wszystkiego na stosunkowo małej przestrzeni, zmuszając niejako do względnie harmonijnego ułożenia sobie wzajemnych stosunków, to w Czortkowie z pewnością, znajdziemy ją w dobrym wydaniu…

***

Wieczorem na zamku w Jazłowcu jest tak cicho, że słychać szum głęboko w dole płynącego Olchowca, który opływa skalną ostrogę płyty podolskiej z trzech stron, tworząc znakomity obronny półwysep, wykorzystywany zresztą w tychże celach już od XV wieku. Wśród rozwalisk potężnej fortecy hula tylko wiatr, napędzając od zachodu ciemne chmury, tarmosząc drzewa porastające głęboki jar, wydmuchując resztki tynku ze zrujnowanego kościoła, gdzieś tam w dole…

Podole cz.2

W tej ciszy co jakiś czas wydaje mi się, że słyszę dalekie odgłosy gwarnego miasta, swego czasu konkurującego ze Lwowem, którego ormiańska społeczność uczyniła z Jazłowca jeden z największych ośrodków handlu na Podolu. A może ten gwar to robotnicy budujący wspaniałą siedzibę dla Jerzego Jazłowieckiego, potężnego hetmana wielkiego koronnego, który po śmierci ostatniego z Jagiellonów był nawet jednym z kandydatów do tronu. A może te szmery, to echa rozmów w postawionym obok potężnego donżonu w XVIII wieku pałacu, w którym mieszkał Stanisław Poniatowski, ojciec nieszczęsnego ostatniego monarchy Rzeczypospolitej? A to zawodzenie – może to modlą się gdzieś za grubymi murami siostry niepokalanki, pod przewodnictwem Marceliny Darowskiej, współzałożycielki i wieloletniej przełożonej zakonu?

Ech nie, to tylko wiatr i samotny kruk, obserwujący wyraźnie nasze małe sylwetki na tle potężnych murów… Ale trudno uciec w tym miejscu od historii, która wyziera zza każdego zakrętu doliny, zza każdego narożnika murów i przez puste oczodoły zrujnowanych murów. Przecież to właśnie tu, w ruinach kościoła spoczywa najprawdopodobniej Mikołaj Gomółka – największy polski kompozytor renesansu. To tu w 1919 roku miała miejsce jedna z najwspanialszych szarż w historii polskiej kawalerii…

Podole cz.2

Nie ma w podręcznikach? Pewnie nie, ale przecież znacie tę żurawiejkę – „Hej dziewczęta w górę kiecki, jedzie ułan jazłowiecki. Lance do boju, szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń!”… Wszystko to tu – w Jazłowcu, nad głębokim jarem Olchowca, w miejscu gdzie ścieżki historii splątały się w jeden wielki kresowy węzeł… Znowu zaczynam się gubić w tych wszystkich wątkach. Lepiej już przestać myśleć i tylko wpatrywać się jeszcze w tą podolską krainę…

***

Ze wszystkich miasteczek podolskich najbardziej spodobał mi się Buczacz. Nie wiem dlaczego – może z powodu malowniczego położenia, a może dzięki pięknym, wyjątkowo dobrze zachowanym zabytkom. A może dlatego, że tak wiele przetrwało tu z tego, o czym pisał pięknie Mieczysław Orłowicz w „Ilustrowanym Przewodniku po Galicyi” przed stu laty: „Buczacz należy do starych grodów ruskich – istniał w XII. w. W historyi zasłynął niekorzystnym dla Polski pokojem w r. 1672 którym Kamieniec Podolski z częścią Podola dostał się Turcyi. W XVIII w. był rezydencyą słynnego z dziwactw Mikołaja Potockiego, starosty kaniowskiego; zbudował on tu szereg pikanych budowli jak ratusz, cerkiew Bazylianów, kościół farny, zrestaurował zamek. (…) Domki rozłożyły się tu na stokach karu Strypy jedne nad drugimi, co dodaje miastu malowniczości. (…) Środek Rynku zajmuje ratusz, którego cała piękność nie może się uwydatnić, gdy Rynek jest tak ciasny, że tworzy jedynie cztery, biegnące dookoła ratusza uliczki. Budynek ten zbudowany w XVIII w. jest najpiękniejszym świeckim budynkiem rokokowym w Galicyi.”

Podole cz.2

Właściwie wszystko, o czym pisał jeszcze przed pierwsza wojną światową przetrwało, może za wyjątkiem „szabasowych świec” – po sporej społeczności żydowskiej pozostały tylko nazwy ulic, kirkut i wystawa poświęcona Samuelowi Agnonowi – urodzonemu właśnie tu prozaikowi, nagrodzonemu w 1966 roku literacką Nagrodą Nobla. Ze świątyń – zachwyca i fara, z pięknie odrestaurowanym wnętrzem, i zespół klasztoru Bazylianów, i cudowny ikonostas u św. Mikołoja. I jeszcze Strypa, leniwie tocząca swoje wody, jakby te wszystkie cuda, nie miały żadnego znaczenia…

Podole cz.2

 

***

Kiedy staje się oko w oko z historią, rzadko kiedy sprawy wyglądają tak jak sobie je wyobrażamy. Ale nawet kiedy różnice pomiędzy wyobrażonym a rzeczywistym są wielkie, sam fakt, że oto stoimy w miejscu, gdzie naprawdę wydarzyło się jakiś czas temu to, o czym zwykliśmy jedynie czytać w podręcznikach, encyklopediach czy innej literaturze, to sama świadomość miejsca robi ogromne wrażenie.

Podole cz.2

W Buczaczu, na wzgórzu przy szosie wiodącej w stronę Stanisławowa (o pardon – Iwano-Frankowska), w małym parku stoi chylący się już ku ziemi, powyginany i przetrzebiony pień wiekowej lipy. To właśnie pod nią – jak chce tradycja nazywaną Lipą Mahometa – w 1672 roku podpisano słynny traktat z sułtanem Mehmetem IV, w wyniku którego większa część Podola na 27 lat przeszła pod władanie tureckie. Aż po czasy współczesne praktycznie nigdy ów traktat nie nazwano go inaczej, jak tylko „haniebnym”, oddawał bowiem nie tylko szmat ziem Rzeczypospolitej w ręce niewiernych, ale jeszcze zobowiązywał Polskę do corocznego płacenia haraczu wysokości 22 tys. dukatów.

Nieco poniżej, na skraju stromego jaru Strypy stoją sędziwe ruiny buczackiego zamku. Pamiętają czasy tej samej kampanii, kiedy to pod nieobecność męża, warowni broniła Teresa z Cetnarów Potocka. Widząc beznadzieję własnego położenia, wysłała do sułtana posłów, zawiadamiając go, że zamku broni kobieta, i że pokonanie takiego przeciwnika nie przyniesie sławy wielkiemu wodzowi. Mehmet IV przerwał oblężenie i w towarzystwie wielkiego wezyra udał się na zamek. Potocka ofiarowała mu hojne dary, ten zaś w odpowiedzi ofiarował klejnoty jednemu z jej dzieci. Rycerski gest sułtana stał się sławny w kraju, lecz w obliczu podpisanego pokoju, szybko poszedł w niepamięć.

Podole cz.2

Dzisiaj z zamku pozostały tylko gołe mury, uformowane w nieregularny wielokąt, porosłe obfitym zielskiem. Warto jednak tu przyjść, by być w tym sławnym miejscu, wdychać powietrze pachnące starymi dziejami i popatrzeć na miasto – z żadnego innego miejsca bowiem nie wygląda tak wspaniale…

***

Podole pełne jest pięknych i malowniczych zakątków, , głębokich dolin, tajemniczych skałek i jaskiń, uroczysk i kurhanów. Nie brak tu zabytkowych miast, pięknych, choć najczęściej zrujnowanych pałaców i zamków, miejsc ściśle związanych z naszą historią,. Ale nic nie może równać się z najbardziej fascynującym zakątkiem Ukrainy Zachodniej – z jarem Dniestru.

Podole cz.2

Jego malowniczość, pociągająca uroda, pełen nostalgii krajobraz, w którym zza każdego zakrętu ukazuje się coś innego – czasem porośnięta lasem skarpa, czasem schodzący do samej wody step; mała drewniana cerkiew otoczona wianuszkiem starych drzew i nie mniej leciwych drewnianych chałup, to znów potężne ruiny zamczysk, których dzieje przesiąknięte niepokojem szybko skłaniają do tego charakterystycznego umysłowego wysiłku, w którym wszystkie myśli potrafią się skoncentrować na jednym szczególe  przy jednoczesnym poszukiwaniu miejsc, których „dotykały” niezmiernie barwne, postaci zamieszkujące w przeszłości pogranicze Podola i Pokucia.

I wszystkie te krajobrazy mają jedną wspólną cechę – zachwycają prostotą i harmonią, urzekają swym niepospolitym pięknem. Na przestrzeni pomiędzy Haliczem a ujściem Zbrucza, w linii prostej liczącej około 75 km, Dniestr wije się przez ponad 200 km swojego nurtu, zataczając liczne pętle, czasem kilku-, a czasem ponad dwudziestokilometrowe. Można wzdłuż rzeki wędrować pieszo, ale najlepiej nią spłynąć – kajakiem, pontonem, czy też jednym ze stateczków odbywającym turystyczne rejsy. Już po kilu kilometrach po odbiciu od brzegu, zapomina się, że tam gdzieś u góry, poza krawędzią skalnego kanionu jest inny świat.

Podole cz.2

Rzeka zniewala i wkrótce okazuje się, że żaden dystans przebyty nią nie jest zadawalający… I chociaż od wielu lat kocham się w ukraińskich Karpatach, tych wszystkich połoninach i gorganach, dzikich uroczyskach i pasterskim życiu na halach, to muszę przyznać, że Dniestr coraz skuteczniej z nimi rywalizuje…

***

Przybiliśmy do brzegu w Rakowcu, już po pokuckiej stronie. Dniestr rozlewa się tu szeroko i leniwie, opływając szeroką, łagodnie nachyloną „łopatę”, na której rozłożyła się wioska. Spoza domów, powoli ku wodzie zsuwa się ze wzgórz step, pokryty kobiercami kolorowych kwiatów i samotnymi krzewami mocno pachnących róż. Stara, pokruszona baszta dawnego zamku rakowieckiego, sterczy samotnie ponad wzniesieniem, i mimo upływu tylu już lat cały czas pilnie strzeże  dniestrowego traktu.

Podole cz.2

Świerszcze cykały wyjątkowo głośno, a najmniejszy nawet podmuch wiatru nie zakłócał tej parnej ciszy, która powoli wciskała nas coraz mocniej w trawę. Zbierało się na burze i zza ciemnej ściany lasu, po drugiej stronie rzeki wędrowały coraz ciemniejsze i bardziej skłębione chmury. Wiedziałem, że to już ostatnie godziny na Ukrainie podczas tej wizyty. Wiedziałem też że z każdą minutą szanse, by zdążyć na powrotny pociąg z Przemyśla, tajały jak ostatki śniegu w wiosennym słońcu. I pomimo tej świadomości nie mogłem oderwać wzroku, nie chciałem nigdzie stąd iść…

Dniestr zniewalał mnie z każdą minutą coraz skuteczniej, i choć w końcu ostatnim aktem resztek silnej woli odwróciłem się i poszedłem w stronę auta, wiedziałem że to dopiero początek kresowej przygody. Jest bowiem w tych naszych, dawnych rubieżach jakaś magia, która nie pozwala obojętnie „odhaczyć” obecność tutaj i bezrefleksyjnie wrócić do zwykłego porządku życia. Może to kwestia historii, tej nad którą tyle się ślęczało w szkole, a może bardziej kwestia tęsknoty za kochaną rzeczą, którą utraciło się na zawsze? A może po prostu jedno i drugie…

Podole cz.2

Tak czy inaczej trudno być obojętnym na niebanalne piękno tej ziemi, nie skażonej jeszcze nadmierną komercją, upajające pustymi przestrzeniami i bujną przyrodą, Zachodnia część Ukrainy to miejsce cały czas łatwo dostępne, bezpieczne i przyjazne turyście. Stosunkowo tanie, o wciąż rosnącym poziomie infrastruktury. Warto tu przyjechać, by móc później tu wracać. Ja w każdym razie, na pewno wracać będę…