Ferie zimowe się skończyły, śniegu nie zabrakło, pogoda była znośna, a narciarze tłumnie odwiedzali nasze krajowe ośrodki narciarskie. Ale tematem numer jeden dotyczącym zimowego wypoczynku Polaków nadal w większości mediów jest zjawisko zgrabnie nazwane „katastrofą frekwencyjną Zakopanego”. Mówiąc wprost – po raz pierwszy od dawna turyści na dobre obrazili się na miasto pod Tatrami, chociaż na samym Podhalu było ich bardzo wielu – głównie jednak w Białce Tatrzańskiej i jej okolicach. Katastrofa? Tragedia? Zaskoczenie? W żadnym wypadku. Raczej od dawna zapowiadające się zjawisko, można nawet zastanawiać się, dlaczego „krach frekwencyjny” nadszedł dopiero teraz.


Przyczyny takiego stanu rzeczy pozornie łatwo znaleźć. Po pierwsze – wieloletnie zaległości w infrastrukturze narciarskiej i słabe zarządzanie zasobami już posiadanymi. Ciężko przyciągnąć turystów, mając jedną, co prawda wspaniałą, górę (chodzi oczywiście o Kasprowy), ale do której trudno się dostać lub nie da się na niej jeździć. Do tego kilka małych terenów, nie połączonych w jeden system ani wspólnymi trasami (fizycznie niemożliwe), ani też choćby wspólnym karnetem (jak na razie niemożliwe mentalnie). Było nie było – w zimie ludzie jadą w góry by poszaleć na nartach i tej tendencji nie zmienia nawet fakt dzierżenia zaszczytnego, lecz ewidentnie już przeterminowanego tytułu „zimowej stolicy Polski”.

Po drugie – do Zakopanego trudno dojechać, trudno w nim zaparkować, a na dodatek trudno nim oddychać. Ludzie wyjeżdżają w góry nie tylko po to by zakupić drewnianą ciupagę pochodzenia azjatyckiego czy też serek pochodzenia często niewiadomego, na deptaku przez który przewala się codziennie kilkanaście, a w weekendy i kilkadziesiąt tysięcy ludzi, ale głównie po to by odpocząć. Jak na miasto turystyczne, położone w górach, Zakopane oferuje wyjątkowo słabe warunki do odpoczynku – denerwujemy się w drodze, denerwujemy się szukając miejsca do zaparkowania, denerwujemy się w końcu gdy za ten z trudem znaleziony parkingi przyjdzie nam zapłacić. A to wszystko w smogu, przez który czasami słońce z trudem się przebija. Odpocząć ciężko.

To główne przyczyny, ale nie jedyne. Bo w końcu to same Zakopane, z tymi samymi problemami, w lecie pęka w szwach. Podczas jednego z sierpniowych weekendów miasto i jego okolice odwiedziło ponad 300 tys. turystów. (Swoją drogą – to jeden z podhalańskich fenomenów – 300 tys. turystów, a oficjalnych miejsc noclegów nieco ponad 60 tys. – kiedyś zajmę się nim nieco dokładniej :-) ). Masa ludzi. I w tym tkwi właśnie problem, najczęściej niezauważany. Przez lata Zakopane przyzwyczaiło się przyjmować masę turystów, bez refleksji – czy lepiej żeby było ich jak najwięcej, czy może lepiej mniej, ale za to tych, którzy zostawią więcej pieniędzy. Miasto zdecydowanie wolało przyjmować więcej turystów, ale jak widać nie wyszło mu to na dobre. W lecie taka taktyka jeszcze się sprawdza, chociaż i jej można wróżyć rychły koniec, natomiast w zimie, kiedy koszty wyjazdu narciarskiego są dużo wyższe, narciarze z pieniędzmi wolą wybrać droższe ale bardziej komfortowe lokalizacje, albo po prostu pojechać tam, gdzie na nartach pojeździć się da. A Ci bez kasy i tak nie przyjeżdżają. Stąd te pustki.

A przecież jeszcze nie tak dawno niektórzy zakopiańscy urzędnicy chełpili się, że „u nas ludzi jak w ulu, a na Słowacji – pustki”. Na Słowacji nadal turystów  mniej niż na Podhalu, ale gdybyśmy chcieli porównać wyniki finansowe, to nie byłoby już tak różowo. Patrząc na ich coroczne inwestycje (Tatrzańska Łomnica, Jasna) chyba na brak kasy nie narzekają. W końcu to oni chcieli kupić PKL, a nie odwrotnie.

W ten oto sposób dochodzimy do wniosku, że właśnie  „zimowa stolica Polski” została zdetronizowana, przy najmniej na razie. Ale to jeszcze nie znaczy, że została nią Białka Tatrzańska. Oczywiście – jest to może i najlepsza stacja narciarska w Polsce, i zapewne jeszcze przez kilka lat będzie, bo raczej nie widać konkurencji w zasięgu wzroku. Ale zimową stolicą Białka nie jest, i raczej nie będzie. Za wysokie progi, za niskie góry. Może co najwyżej jest w tej chwili „p.o. zimowej stolicy Polski”. Ale to i tak bardzo dużo, biorąc pod uwagę, kogo zepchnęła z piedestału.