Czasem mówi się, że to takie „czeskie Zakopane”. Coś w tym jest, chociaż oba miasta mają zupełnie inny charakter. Szpindlerowy Młyn nie tylko jest wielkim centrum turystyki górskiej i narciarskiej, który latem i zimą zapełnia się dziesiątkami tysięcy turystów, ale przy tym wszystkim zachował jeszcze urok przytulnego górskiego kurortu. Zakopane przeważa ilością atrakcji, knajp i hoteli, także położenie miasta u stóp Tatr, nie ma sobie równych. A jednak kiedy nadchodzi zima, szybko okazuje się, że to obrazowe porównanie, jest wielkim komplementem raczej dla Zakopanego… 25 km tras zjazdowych, kilkanaście wyciągów, perfekcyjna organizacja skibusów dowożących narciarzy do wybranych terenów narciarskich. Naprawdę, pod względem narciarskim Zakopane mogłoby (a nawet powinno) wiele nauczyć się od Szpindlerowego Młyna.

Od dziś, raz w tygodniu będziemy przedstawiać najfajniejsze miejsca do pojeżdżenia na nartach w Polsce i bliskiej okolicy. Na początek wybierzemy się w Karkonosze – do „czeskiego Zakopanego”. Życząc przyjemnej (mam nadzieję) lektury, już dziś zapraszam do śledzenia kolejnych odcinków cyklu na Facebooku.

Już sam wjazd do miasteczka potwierdza, że zbliżamy się do „górskiej stolicy Czech”. Szeroka droga biegnie wzdłuż Łaby, która głęboką na kilkaset metrów doliną wije się, bystro spada po kamieniach, a miejscami prawie dotyka szosy. Porośnięte świerkami zbocza czasami rozszerzają się w małe kotlinki, w których w bajkowej scenerii leżą maleńkie osady z domkami, które wydają się aż stękać pod naporem mas śniegu. W innych miejscach dolina zwęża się tak bardzo, że rzeka i szosa to prawie jedno, tworząc malownicze przełomy. Najpiękniejsza jest Labská soutěska, gdzie Łaba opływając skalne żebro robi prawie stuosiemdziesięciostopniową pętlę. Po drugiej stronie doliny, w nieco mniejszych skałach znajdują się Herlíkovické štoly – stare sztolnie, służące niegdyś do wydobywania cennych kruszców, a dzisiaj będące domem kilku gatunków nietoperzy.

Lasy, czasem poprzecinane skalnymi załomami i żebrami, czasem rozświetlone niewielkimi polanami z dawnymi osadami drwali. Przy drodze hotelik, zajazd, „hostinec” z obowiązkowym piwem, krótka przerwa w podróży. A potem znowu lasy. Tak przez 15 kilometrów. A z każdym kilometrem można coraz bardziej poczuć zagubienie w samym sercu karkonoskiego masywu. W końcu mijamy piękną kamienną zaporę i małe jeziorko utworzone przez spiętrzenie Łaby. Po chwili jesteśmy w centrum Szpindlerowego Młyna.

Szpindlerowy Młyn

W dzień, o której godzinie by się nie przyjechało, wszędzie widać narciarzy – i uwierzcie, nie paradują jak po Krupówkach, by pokazać najnowszą kolekcję narciarskiej odzieży, świadczącej o „wielkiej miłości” do białego szaleństwa. Jedni wypakowują narty, inni walczą ze swoimi butami, kilkunastu już wchodzi do skibusa, który zawiezie ich w kilka minut pod sam wyciąg. W ogóle, jak na największą stację narciarską w Czechach, mało tu szpanu, a dużo skupienia i niecierpliwego oczekiwania, kiedy w końcu zacznie się jazda.

A jest tu naprawdę gdzie pojeździć. Dwa główne tereny narciarskie to Svatý Petr i Medvědín, między którymi kursuje darmowy skibus. Na początek lepiej wybrać się na – bliżej centrum – położony teren Svatý Petr. Jako, że jestem zwolennikiem stopniowego rozgrzewania się na trasach łatwiejszych, a potem dopiero myszkowania po wszelkich zakamarkach stacji narciarskich, na początek najlepiej wjechać kanapą na Pláň. Zaczynająca się tu trasa „Turystyczna” (nr 2) to piękny, prawie trzykilometrowy zjazd, wśród lasów, z widokami na miasteczko i jego górskie otoczenie. Potem można już pojechać na Hromovkę, gdzie trasy są nieco trudniejsze. A na deser czarne trasy slalomowe na stokach Stoha.

Medvědín jako teren narciarski jest nieco mniejszy, ale jako góra – wyższy i bardziej wymagający. Jest tu też jedna niebieska trasa, wiodąca głównie lekko nachyloną drogą stokową, ale piękniejsze są czerwone trasy wiodące równolegle do trasy kolejki krzesełkowej. W ogóle, wierzchołek Medvědína, przy pięknej pogodzie i dobrej widoczności, dostarcza wrażeń, jakich nie można doznać w żadnym innym ośrodku narciarskim w Czechach. Nad wyrównanymi, zalesionymi grzbietami podnosi się, odsłonięty, pokryty grubą puchową czapą grzbiet Karkonoszy, w których dominuje pięknie urzeźbiona Luční hora – drugi najwyższy szczyt Republiki Czeskiej. Na lewo od niej wychyla się niepozornie stąd wyglądający stożek Śnieżki. Jest jeszcze trzeci teren – Labská, do którego można zjechać z Medvědína, ale potem ciężko wydostać się z powrotem i trzeba korzystać ze skibusa. Więcej informacji o trasach i kolejkach tutaj>>

Szpindlerowy Młyn

Ogólnie są trzy rzeczy wyróżniające Szpindlerowy Młyn jako świetne miejsce na narty, pomijając już sprawę jego wielkości i ilości tras zajazdowych. Po pierwsze – są tu znakomite warunki śniegowe. Śnieg pada często, dzięki czemu najczęściej jeździ się po naturalnym a nie sztucznym. Bywają lata, że sezon trwa tu pięć miesięcy. Druga sprawa – zdecydowana większość tras jest naprawdę szeroka. I mimo, że w zimowe weekendy w „Szpindlu” bywa tłoczno, to na trasach nigdy nie traficie na dantejskie sceny, jakie potrafią mieć miejsce, dajmy na to w Białce, gdzie każdy stok z konieczności zamienia się w slalomowy. A przecież narciarzy jest tu momentami tak wielu, że nie bez powodu żartobliwie mówi się o miasteczku, że to „najmniejsza dzielnica Pragi”.

No i trzecia w końcu rzecz – świetna organizacja przestrzeni narciarskiej. Szpindlerowy Młyn pokazuje, że można tak poukładać stację narciarską, że z jazdy czerpie się jak najwięcej radości. To nie jest miejsce, które szokuje nowoczesnością – kolejki są nowe, ale daleko im do technologicznych wodotrysków w stylu słowackiej Jasnej. Ale wszystko działa tu jak należy – w dzień szaleje się na „nieprzeludnionych” stokach, wieczorem można iść do knajpy, aquaparku, na spacer, albo schronić się w hotelu czy na kwaterze bez świadomości, że znajdujemy się w środku mrowiska. Przestrzeń jest cechą zasadniczą i wszechobecną tego pięknego kurortu.

A co do samego miasteczka jeszcze. Dzięki temu, że leży u zbiegu potoków, zabudowa rozpełzła się po okolicznych dolinkach, stokach i dawnych osadach pasterskich i leśnych. Centrum, ciągnące się wzdłuż Łaby jest niewielkie, ale bardzo malownicze, zabudowa w większości stylowa i niewiele zeszpecona przez wielkie inwestycje hotelowe z lat 70. i 80. Ma swój styl i urok, ale ma też szeroką ofertę rozrywkowo-gastronomiczną. 52 restauracje, 17 winiarni i dyskotek, tenis, squash, baseny, fitness-centra i wszelkie tego typu atrakcje. A do tego – bardzo, bardzo duża i zróżnicowana baza noclegowa. Szpindlerowy Młyn na tle większości ośrodków narciarskich w Polsce wydaje się być kurortem kompletnym.

Szpindlerowy Młyn

 

***

Przyznaję bez bicia, że nie jestem stałym bywalcem Szpindla. Byłem tu trzy razy – ale kilkanaście dni na nartach się uzbierało :-). Dlatego może nie wychwyciłem wad, których nie wątpię, że nie brak. Jednak znając z autopsji zdecydowaną większość stacji narciarskich Polski, Czech i Słowacji, klimat tego miasteczka odpowiada mi najbardziej. Nie znam drugiego takiego miejsca położonego tak blisko, które w tak harmonijny sposób łączyłoby cechy dużej stacji narciarskiej z pięknym, spokojnym kurortem w górach. Miejscami wręcz może nawet z zagubioną w górach wioską…

Najbardziej lubię Szpindlerowy Młyn oglądać nocą. Kiedy mróz wygoni już wszystkich spacerowiczów do wnętrz knajpek i klubów, kiedy zza drzwi dobiegają stłumione dźwięki muzyki, przerywane głośnymi salwami śmiechu, a za oszronionymi szybami widać tylko wpatrzone w siebie pary, przy świecach raczące się winem, wtedy idę na Łabę. Rzeka płynie tu szerokim, uregulowanym korytem, ale jej dno jest dzikie. Wystają z niego olbrzymie granitowe głazy, na których spoczywają ogromne śniegowe czapy. Czasami wydaje się, że to prawdziwa armia buk schodzi z gór w doliny, zamrażając wszystko po drodze, ku uciesze dzieciaków i narciarzy. Stojąc na drewnianej zadaszonej kładce, patrzę w górę doliny, gdzie znad świerków wyłaniają się zaśnieżone grzbiety, a nad nimi już tylko gwiazdy. Znad grzbietów aż do północy dochodzi monotonny, kołyszący do snu pomruk ratraków, które już teraz przygotowują stoki na następny dzień.

Szpindlerowy Młyn

 

***

Jeśli chcecie na własne oczy przekonać się czy Szpindlerowy Młyn rzeczywiście jest takim świetnym miejscem na narty, zapraszam do wzięcia udziału w konkursie organizowanym przez Czechtourism (Czeską Centralę Turystyczną). Wystarczy do 8 grudnia zalogować się na konkursowej stronie i odpowiedzieć na proste pytanie, do którego podpowiedzi znaleźć można na oficjalnej stronie zima.czechtourism.com . Zadanie nietrudne, ryzyko żadne, a do wygrania 3-dniowy pobyt w Szpindlerowym Młynie, wraz ze skipassami. Zachęcam :-)

I jeszcze jedna rzecz – wybaczcie, że tym razem nie dołączam własnych fotek ze Szpindla. Prawdę mówiąc – nie mam takich, które warto by pokazać. Powód? Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się tak, żeby nie padał śnieg :-). Korzystam więc z uprzejmości przyjaciół z Czech, którym wielkie dzięki za to.

spindleruv mlyn