OLYMPUS DIGITAL CAMERAPołożony we wschodniej części Moraw Zlin, należy bez wątpienia do najciekawszych miast u naszych południowych sąsiadów. Nie zobaczymy tu co prawda urokliwego ryneczku, rzędu barokowych kamieniczek, gotyckiego zamku czy rozświetlającej czasy wojen religijnych kolumn maryjnych, ale i bez tego miasto potrafi zafascynować. Zbudowany praktycznie od podstaw w okresie międzywojennym, zrodził się z geniuszu jednego z najbogatszych ludzi ówczesnego świata, przemysłowca Tomasza Baťy, który za cel postawił sobie nie tylko stworzenie wielkiego przemysłowego koncernu, ale także idealnego miasta, w którym każdy mieszkaniec miały zapewniony dostęp do udogodnień socjalnych, powszechnej kultury i najnowszych zdobyczy techniki. Dzisiejszy Zlin jest więc nie tylko jednym z najlepiej zaprojektowanych pod względem urbanistycznym miast europejskich, nie tylko żywym muzeum architektury funkcjonalistycznej i modernistycznej, ale także pomnikiem myśli i czynu jednego człowieka. I chociaż po wojnie zmarnowano wiele z zamysłów i planów Baťy, to co ocalało do dziś, robi niesamowite wrażenie. Trzeba tylko odrzucić powierzchowne wrażenie postindustrialnej rzeczywistości, by dostrzec ślady arcydzieła. Oto obowiązkowe miejsce dla wszystkich, którzy ponad anonimową bajkowość średniowiecznych zaułków stawiają ludzi czynu i ich efekty ich pracy…

Dzisiaj zapraszam na zwiedzanie miasta Zlin – stolicy Wschodnich Moraw. Jego fascynująca historia potrafi wciągnąć i zainspirować, mimo że tak naprawdę liczy zaledwie kilkadziesiąt lat.  Życząc przyjemnej (mam nadzieję) lektury, już dziś zapraszam do śledzenia kolejnych wpisów na Facebooku.

W malowniczej dolinie potoku Dřevnice, blisko jego ujścia do Morawy, wśród zalesionych, łagodnych garbów Vizovickej vrchoviny, leży miasto osobliwe i ciekawe. Mimo że jest stolicą jednego z województw Republiki Czeskiej, pozostaje praktycznie nieznane szerszym kręgom turystów odwiedzających naszych południowych sąsiadów. Może to dlatego, że nie ma w sobie nic z idyllicznych miasteczek morawskich reklamowanych w każdym folderze turystycznym, a może dlatego, że przez kilkadziesiąt powojennych lat jego nazwa brzmiała zupełnie inaczej – Gottwaldov – a prawdziwa historia powstania i rozwoju była przemilczana lub wręcz – fałszowana. Bo w końcu – czy ktoś chciałby odwiedzać miasto, którego centrum nie jest rynek, zamek, ani nawet kościelny plac, ale fabryka butów? Czy mogą zaciekawić biurowce, hale produkcyjne, rzędy identycznych domków robotniczych czy w końcu wielomieszkaniowe bloki? Wielu wyda się to wątpliwą atrakcją…

Prawda jest jednak taka, że coraz częściej szukamy nie tylko miejsc pięknych, ale przede wszystkim oryginalnych. Pod tym względem Zlin plasuje się w ścisłej czołówce miejsc w Czechach – jego historia i istniejące do dziś dziedzictwo pracy rodziny Baťów, którego uwieńczeniem jest koncepcja miasta-ogrodu, miasta otwartego i praktycznego dla wszystkich jego mieszkańców, i co ważniejsze – koncepcja w znacznej mierze zrealizowana, jest jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne i fascynujące. Oczywiście – nie jest to miasto, które podoba się od pierwszego wejrzenia, może dlatego, że w znacznym stopniu ład urbanistyczny i jego koncepcja została zarzucona w czasach komunistycznych. Ale im dłużej się tu jest, im więcej się czyta i poznaje jego historię, tym bardziej wciąga.

Zlin

Otwarcie przyznam, że Zlin wciągał mnie powoli. Za pierwszym razem zrobiła na mnie wrażenie tylko historia koncernu Baťy – samo miasto nie za bardzo. Potem było już coraz lepiej, aż w końcu któregoś razu okazało się, że spędziłem tu prawie tydzień, i cały czas działo się coś ciekawego, odkrywałem nowe miejsca, a te które znałem – ukazywały się w innym świetle. Poznanie tego miasta wymaga niemało trudu i wysiłku, zwłaszcza intelektualnego, ale im głębiej wnika się w tę historię, tym bardziej zadziwia i wciąga. Jak rzeka, której prawdziwe oblicze objawia się dopiero wtedy, gdy wejdziemy na jej środek i damy się unieść wartkiemu nurtowi. Pozwólcie więc, że zanim ruszymy „w miasto”, zaczniemy od historii. Tak będzie zdecydowanie najłatwiej…

***

Kiedy pod koniec XIX wieku w małym morawskim miasteczku Zlin, dwóch braci założyło niewielką manufakturę, nikt chyba nie przypuszczał, że oto powstaje największy koncern w historii przemysłu obuwniczego na świecie – Bata. W ciągu kilku dziesiątek lat, mały warsztat zmienił się w ogromną firmę, posiadającą swoje filie w ponad pięćdziesięciu krajach świata i zatrudniający prawie 50 000 tys. pracowników. Miasto liczące sto lat temu niecałe 3 tys. mieszańców, dziś jest stolica regionu i mieszka tu 80 tys. ludzi, co daje mu dwunaste miejsce w Republice. W czym tkwiła tajemnica tak ogromnego sukcesu i wielkiej dynamiki?

Za wszystkim stoi postać Tomáša Baťy, człowieka tak niezwykłego, że poświęcono mu już kilkadziesiąt książek, a liczba naukowych opracowań dotyczących jego dzialności, filozofii życiowej i zainteresowań idzie w tysiące. Dla jednych genialny przedsiębiorca, wizjoner, dla innych jedynie zachłanny kapitalista, wyciskający z ludzi ostatnie pokłady ich energii. Niezwykłe dzieje butów spod marki Bata, rozpoznawalnej na całym świecie rozpoczynają się właśnie w Zlinie, na Morawach, gdzie w 1894 roku dwóch braci – Antoni i Tomáš oraz ich siostra Anna założyli własną manufakturę, w której rozpoczęli produkcję obuwia. Młody Tomáš Baťa, który stał się w pierwszych latach motorem napędowym rozwoju firmy, początkowo zatrudnił się w niedalekim Prościejowie, u Fäbera produkującego maszyny szewskie, potem zajął się handlem. Po śmierci matki, z pieniędzy pochodzących ze spadku, rodzeństwo założyło własną firmę.

Zlin

W pierwszych latach swojego istnienia, firma poza założycielami zatrudniała jeszcze trzech chałupników. Potem dołączyło do nich kolejnych siedmiu rękodzielników. Jednak początki działalności Baťów były trudne. Już po roku popadli oni w kłopoty finansowe i długi, których spłacanie zajęło ponad trzy lata. Firma zatrudniała już wtedy prawie 60 pracowników. W tym czasie Antonín zapadł na gruźlicę i Tomáš objął samodzielne kierownictwo nad firmą.

Młody i niezwykle ambitny, zdawał sobie sprawę, że aby rozwijać swoje przedsiębiorstwo potrzebuje zupełnie nowego podejścia do kwestii organizacji pracy i metod wytwarzania obuwia. Zachwycały go reportaże zza oceanu, z których Europa oczami dziennikarzy, mogła zapoznać się z gospodarczym cudem, wywołanym wprowadzeniem na wielką skalę produkcji taśmowej. W końcu postanawia wyruszyć do Stanów Zjednoczonych, by na własne oczy zobaczyć nowoczesne techniki produkcji i zarządzania. Kiedy w 1904 roku schodził z pokładu statku cumującego do nabrzeża w Nowym Jorku, sam chyba nawet nie przypuszczał, jak wielkie znaczenie będzie miał ten wyjazd, zarówno dla niego, jak i dla jego firmy. Zwiedził kilkanaście miast, z dynamicznie rozwijającym się przemysłem, nie tylko obuwniczym. Zatrudniał się w fabrykach, by podpatrzeć sposoby organizacji pracy i rozwiązania techniczne. Powojenna propaganda komunistyczna nazwała go po latach zwyczajnym szpiegiem przemysłowym. Ogromne wrażenie zrobiły na nim zakłady Forda. Po powrocie do Europy wiedział już co robić. Od razu zamówił w USA maszyny dla swojego przedsiębiorstwa.

W 1908 zmarł brat Antonín, a siostra Anna wyszła za mąż. Tomáš całkowicie przejął kontrolę nad firmą. Po kolejnych dwóch latach zatrudniał już 350 pracowników produkcja sięgała już 3000 par obuwia dziennie. Kiedy zakłady Baťy nabierały już wiatru w żagle, wybuchła pierwsza wojna światowa. Cała dotychczasowa praca stanęła pod znakiem zapytania, większość pracowników firmy została lub w ciągu najbliższego czasu mogła zostać powołana do wojska. A bez ludzi, nawet mając nowoczesne maszyny, butów robić się nie da…

Zlin

Zdeterminowany, gotowy na wszystko szybko udaje się do Wiednia, skąd wraca z… ogromnym zamówieniem od armii cesarskiej, potrzebującej wielkie ilości butów. Dzienna produkcja przekroczyła szybko 10 tys. par dziennie. Szczęście? Trochę na pewno. Ale szczęście zawsze sprzyja lepszym. Gdyby nie intuicyjny zakup maszyn kilak lat wcześniej, Bata nie byłby w stanie sprostać zamówieniom. Gdyby czekał na rozwój sytuacji z założonymi rękami – jego pracownicy zapewne zginęliby gdzieś na galicyjskim froncie…

Okres między obiema wojnami, to prawdziwa inwazja Baty na rynki europejskie i światowe. Dobrze zarządzana firma dynamicznie się rozwijała. W 1925 roku zatrudniała już 5200 pracowników, a produkcja znacznie przekroczyła 100 tys. par obuwia dziennie. Kilka lat później kompleks fabryczny w Zlinie miał już ponad 30 obiektów, w większości bardzo nowoczesnych, z których część przetrwała do dzisiaj. W 1930 roku w koncernie wprowadzono 40-godzinny tydzień pracy, a rok później został przekształcony w spółkę akcyjną. Jego koncern stał się największym podmiotem gospodarczym w Czechosłowacji, wyprzedzając takie dotychczasowe potęgi jak huty w Vitkovicach pod Ostrawą czy słynną „Škodovkę” (zakłady Škody w Pilźnie).

Zlin

Ważnym elementem strategii biznesowej Baty i jego wizji inwestowania, ale także znakomitym rozwiązaniem reklamowym i marketingowym było utworzenie własnej sieci sprzedaży. Pierwszy z domów towarowych powstał przy Václavskim náměstí w Pradze – do dziś odznacza się prostą, ale elegancką, funkcjonalną bryłą. Dzięki typowym projektom architektonicznym, domy towarowe ze znaczkiem Baty, natychmiast stały się charakterystyczną wizytówką firmy. Miał też i inne pomysły marketingowe, które dzisiaj wydają się normalnymi praktykami, a kiedyś były prawdziwą sensacją – na przykład wymyślił zasadę, którą nazwano „ceną Baty”, w myśl której każda cena powinna się kończyć cyfrą 9. Prawda, że skądś to znamy?

Tomáš Baťa dostrzegał i doceniał nie tylko zalety produkcji masowej, dzięki czemu zasłużył sobie na nieoficjalny tytuł „Henry’ego Forda z Europy Wschodniej”, ale także widział wielkie możliwości wzmocnienia swojej firmy przez dywersyfikację produkcji. Inwestował w bardzo odległe od obuwnictwa dziedziny, m.in. w przemysł budowlany , chemiczny, bawełniany, tekstylny, papierniczy, rolnictwo, leśnictwo, maszynowy, taboru kolejowego, lotniczy czy plantacje kauczuku. Jako jeden z pierwszych dostrzegał możliwości, które daje transport lotniczy, oprócz własnych zakładów zorganizował także prywatne linie lotnicze (zainteresowanym polecam krótki tekst jaki popełniłem dla portalu Onet.pl w ubiegłym roku, o samolotach ze Zlina – tutaj>>). Paradoksalnie – od tej właśnie strony przyszła nieoczekiwana śmierć – Tomáš Baťa zginął w wypadku lotniczym w Otrokovicach pod Zlinem, w czasie rejsu do Zurychu.

Zlin

Po jego śmierci firmą zaczyna zarządzać jego przyrodni brat Jan Antonin Baťa. Nieco mniej zdolny (sam Tomáš Baťa mówił o nim, że to wyjątkowy imbecyl), ale ambicją przerastający Tomáša, podobnie zapatrzony w amerykańskie wzorce, rozwinął firmę jeszcze bardziej. Gdy został właścicielem, koncern Bata zatrudniał 16 tys. osób i liczył 25 przedsiębiorstw, większość z nich na ziemiach czeskich i tylko790 pracowników za granicą. Pod rządami Jana Antonina, zatrudnienie w samych Czechach wzrosło dwukrotnie (38 tys. pracowników), posiadając przy tym 2200 sklepów i 70 przedsiębiorstw, filie zakładów produkcyjnych rozlały się po całym świecie.

Budowano zresztą nie tylko zakłady produkcyjne, ale także infrastrukturę komunikacyjną, mieszkaniową i techniczną. Jednym z największych osiągnięć tego okresu, była budowa w latach 1935–1938 Kanału Baty, który do dziś funkcjonuje pełniąc w sezonie letnim rolę ciekawej drogi wodnej. W Zlinie wybudowano w tym czasie stadion, nowoczesne publiczne łaźnie z dwoma basenami, szpital, szkoły, które stały się w  przyszłości zalążkiem uniwersytetu, a także przedszkola, biblioteki, ogromne kino nawet kościoły – ewangelicki (1937) i katolicki.

Zlin

Sławę Bacie przyniosły nie tylko znakomite buty, ale także promowany przez obu przyrodnich braci „kapitalizm z ludzką twarzą”. Oprócz wspomnianych już budowli użyteczności publicznej, aby ściągnąć nowych pracowników, jeszcze za czasów Tomáša rozpoczęto w Zlinie budowę domów pracowniczych. Ta zabudowa składająca się z charakterystycznych czerwonych ceglanych domów, do dzisiaj jest charakterystyczna dla miasta.

Jan Antonin Baťa oraz syn Tomáša – także Tomáš, tylko junior – uciekli przed nazistami zajmującymi Czechosłowację, do Stanów Zjednoczonych, a potem do Kanady i Brazylii. Po rodzinnym sporze podzielili firmę na dwie odrębne przedsiębiorstwa działające pod jedną marką, które po śmierci Jana Antonina znów zaczęły stanowić jedną firmę. Do powojennej Czechosłowacji oczywiście nie wrócili – co mógłby robić „arcykapitalista” w kraju opanowanym przez komunistów? Ci zresztą szczerze go nienawidzili – Baťa nigdy nie dopuścił do założenia związków zawodowych, a jeśli ktoś próbował zorganizować strajk, nie tylko tracił pracę w fabryce Baťy, ale praktyce nie mógł jej znaleźć nigdzie w okolicy – ręce przemysłowca sięgały bowiem daleko, a w regionie nikt nie mógł mu się „postawić”. Mieszkać w Zlinie znaczyło mieszkać u Baťy i to na jego warunkach…

Zlin

Dlatego po przejęciu władzy jednym z pierwszych posunięć komunistów była zmiana nazwy na Gottwaldov – na część Klementa Gottwalda, komunistycznego prezydenta Czechosłowacji. Zakłady Baťy znacjonalizowano i przemianowano na SVIT (po taką markę funkcjonują do dziś), a o samym założycielu fabryki i twórcy miasta nie pisano wcale, lub tylko źle. Wtedy też ukazało się kilka opracowań, pokazujące braci ze Zlina jako wyjątkowych krwiopijców, odżywionych na robotniczej krzywdzie i wyzysku. Trudno jednak przyjąć to jako rzeczywistą sytuację, biorąc pod uwagę, że kiedy w 1995 roku Tomáš Baťa junior po latach odwiedził rodzinne miasto, na jego powitanie na ulice Zlina wyszły tłumy, a niektórzy trzymali transparenty z napisem „Dręcz nas, Bato!”…

***

Jak już wspomniałem, centrum miasta stanowią tereny fabryki butów Bata, której znaczna część została zrekonstruowana i obecnie pełni role biurowe i kulturalne. Fabryka w ty miejscu powstała w 1906 roku, ale jej główny kształt, zachowany do dziś, nadały jej lata międzywojenne, a także pierwsze lata po II wojnie światowej, kiedy część budynków odbudowywano po alianckim bombardowaniu w 1944 roku. Na rozległej przestrzeni stoi kilkanaście pawilonów o zróżnicowanych kształtach i kubaturze, wszystkie jednak postawione w tym samym stylu – kanwę stanowi betonowy szkielet, ze ścianami wypełnionymi czerwoną cegłą. Każdy budynek to powielenie podstawowego modułu o rozmiarze 6,15×6,15 metra, który jest tak charakterystyczny, że pozwala rozpoznać budowle „batowskie” nie tylko w Zlinie, w Czechach czy na Słowacji, ale i na całym świecie.

Zlin

Największą uwagę przyciąga „21. správní budowa” – najwyższy spośród budynków na terenie fabryki. Jego 17-piętrowa, zaprojektowana przez inżyniera Vladimíra Karfíka konstrukcja, powstała w 1938 roku, a mierząc 77 metrów wysokości była w tym czasie najwyższym budynkiem (nie licząc kościelnych wież) w Czechosłowacji i drugim co do wysokości w Europie. Stąd jego zwyczajowa nazwa - Baťův mrakodrap („drapacz chmur Baty”). Obecnie mieści się w niej Urząd Województwa Zlińskiego, ale warto wejść – na parterze bowiem przygotowano niewielką, ale ciekawą wystawę poświęconą architekturze miasta i jej rozwojowi. Jednak najciekawszą rzeczą bez wątpienia jest słynna winda Baťy.

W niej objawia się cała pomysłowość, innowacyjność, jego niekonwencjonalne, ale bez wątpienia całkiem korporacyjne podejście do pracy. Administrowanie największym koncernem obuwniczym świata z pewnością wymagało świetnej organizacji i armii pracowników. Na każdym z pięter znajdowały się liczne biura i kancelarie, niektóre w formie „open space”, w których pracowało po około 200 pracowników. Żeby nie marnować ich czasu na wizyty u szefa, jego główną kancelarię umieszczono w windzie, wyposażonej w biurko, podręczną biblioteczkę, wielką mapę świata z naniesionymi zakładami Baty oraz umywalkę. Jeśli szef miał potrzebę z kimś porozmawiać – po prostu zjeżdżał na dane piętro… Tak to miało działać, choć w rzeczywistości w czasie kiedy windę oddano do użytku (wiosna 1939 roku), Jan Antonin Baťa był już zagranicą i nikt jej nigdy nie użył. Ale legenda pozostała… Żeby nie było wątpliwości – winda działa do dziś, uważana jest za jedną z największych atrakcji miasta, jednak przejazd nią trzeba specjalnie zarezerwować (więcej szczegółów tutaj >>  ).

Zlin

Nawet jeśli nie załapiemy się na jazdę zabytkową windą – trzeba koniecznie wjechać na ostatnie piętro, gdzie znajduje się taras widokowy i przyjemna kawiarnia. Z góry można dobrze zobaczyć cały plan fabryki, a także najważniejsze budynki miasta, o rozpoznawalnym stylu. Uwagę przyciągnie z pewnością wielka kolonia małych, identycznych domków, rzucona na przeciwległy stok. To dzielnica Letná – wielka kolonia identycznych domków. Baťa wychodził z założenia, że robotnik pracujący w fabryce powinien mieć rodzinę i mieszkać w skromnym, ale samodzielnym domku. Tylko wtedy będzie mógł prowadzić dostatecznie uregulowany tryb życia, by wydajnie pracować, a nie przesiadywać po knajpach… W innych częściach miasta znajdują się innego typu kolonie domków i całe osiedla bloków, nie mające jednak nic wspólnego z komunistycznymi „panelakami” (czyli „wielką płytą”). W sumie w latach 191201945 firma Baty wybudowała w Zlinie 2210 domów…

Na terenie fabryki mieści się także siedziba Uniwersytetu Tomaša Baťy, a także cały kompleks obiektów kulturalnych, mieszczący się w połączonych budynkach nr 14 i 15 (wszystkie budynki na terenie fabryki mają swoje numery, które oznaczają położenie – pierwsza cyfra to rząd (liczony od wschodu na zachód) a druga – miejsce w danym rzędzie (od południa na północ)). Jest to obecnie tak zwany Baťův Institut, mieszczący Galerię, Muzeum Wschodnich Moraw, a także Bibliotekę. Warto tu wejść by zobaczyć jedną z najciekawszych i najlepiej urządzonych wystaw muzealnych w Czechach. Chodząc po ekspozycji odbijamy kartę, niczym pracownik batowskiej fabryki. Wielkie mapy, plansze, zdjęcia , pamiątki, makiety, w końcu rewelacyjna ekspozycja pokazująca historię obuwia na świecie (na przykład – buty koszykarza Shaquille O’Neal’a – rozmiar, bagatela, 56!). Nie ma mowy, by wyjść stąd szybciej niż po dwóch godzinach. Ale i wszystko staje się jakby prostsze do zrozumienia…

Zlin

Na wschód od terenów fabryki rozciągają się obszerne błonia, przy których stoi kilka ciekawych budynków międzywojennego miasta. Najbliższej „dwudziestkijedynki” znajdziemy postawiony w 1927 roku przysadzisty budynek targowiska, a nieco dalej, ukosem do jego osi wzniesiono pięć lat później, według projektu inżyniera Gahury 9-piętrowy dom handlowy. Z boku widać tak zwane „Wielkie Kino” – wzniesione w 1933 roku także przez Gahurę. Mogło pomieścić 2270 osób i być także salą teatralną – w owym czasie było to największe kino nie tylko Czechosłowacji, ale i całej Europie Środkowej. Warto to zapamiętać – nie w Pradze, nie w Warszawie, nie w Wiedniu ani Budapeszcie, ale w prowincjonalnym Zlinie…

Obaj bracia – Tomaš i Jan Antonin – z jednej strony doceniali rolę kina w „ukulturalnianiu” robotników, z drugiej – wierzyli w wielką moc szkoleniową i propagandową film. Dlatego na wzgórzach nad miastem kazali zbudować filmowe atelier, w których początkowo nagrywano filmy reklamowe, a także szkoleniowe – już wtedy Baťa wiedział, że szkoda czasu na pisane instrukcje i klasyczne szkolenia – przy każdej linii produkcyjnej wyświetlany był film, w którym pokazywano, co powinien i w jakiej kolejności wykonywać pracownik. Studio filmowe dało potem początek prawdziwej karierze Zlina, zwłaszcza na polu filmów animowanych – to właśnie stąd pochodzą „Pat a Mat” znani u nas jako „Sąsiedzi”…

Zlin

Za kinem stoi potężny kubaturowo budynek hotelu Moskwa – dawniej hotel pracowniczy Spoločenský dom. Zaczął go budować inż. Lorenc, ale podczas budowy jego koncepcje nie spodobały się Bacie. Zwolnił zbyt opornego architekta, a na jednym piętrze, obok siebie (bodajże na czwartym) kazał postawić dwa pokoje dwóm innym, znanym z wielu realizacji w Zlinie architektom – Gahurze i Karfíkowi. Projekt tego drugie spodobał mu się bardziej i to właśnie on dokończył budowę, co zresztą było początkiem jego wielkiej kariery (nie był to przypadek – Karfik był uczniem samego Le Corbusiera). Ciekawostką jest fakt, że był to pierwszy hotel w Europie, w którym wszystkie pokoje były standaryzowane i każdy posiadał swoją łazienkę i toaletę. Jeszcze jedna zasługa Baťy, których tak wiele nam umyka. 

Można by jeszcze długo chodzić po mieście i wymieniać ciekawe, niebanalne budowle, wówczas absolutnie awangardowe, a nawet jeszcze dziś robiące ogromne wrażenie – szpital z rozproszonymi oddziałami w otoczeniu parku, piękny basen (używany do dziś), sieć trolejbusową z piękną zajezdnią, budynki szkół i internatów dla uczniów tworzące piękny kompleks na stoku, w końcu tzw. Dům umění, który pierwotnie był mauzoleum Tomáša Baťy, z centralnie podwieszonym samolotem Junkers F 13, takim samym, w jakim zginął 12 lipca 1932 roku, czy w końcu położony na górce w lesie cmentarz, na którym go pochowano, jako jednego z pierwszych. Jak to zwykle w Zlinie – ile czasu bym tu nie spędził – zawsze na końcu zabraknie czasu…

***

Zlin to nie miłość od pierwszego wyjrzenia. Tak naprawdę – to w ogóle nie jest miłość. Nie mój typ, nie ta uroda. Ale Zlin to człowiek, który przy pierwszym kontakcie wydaje się niepozorny, a może nawet i nijaki, ale kiedy usiądzie się z nim do rozmowy – czeka nas kilka nieprzespanych nocy, tematów nie zabranie. Nie będę zachęcał – jedźcie, bo tam jest pięknie. Ale z ręką na sercu mogę obiecać – jedźcie, nie zawiedziecie się!

Informacje praktyczne

„Mrakodrap” czyli Budynek 21 – wystawa przy holu wejściowym, wraz z windą Baty otwarta jest codziennie od 7.00 do 21.00 – wstęp wolny. Również za darmo można wyjechać na ostatnie piętro budynku na taras widokowy, który otwarty jest od 10.00 do 22.30 od poniedziałku do soboty, natomiast w niedzielę – od 10.00 do 22.00

Natomiast ekspozycje w 14/15 Baťův Institut są otworzone od wtorku do niedzieli, w godzinach 10.00 – 18.00; bilety wstępu – dorośli – 129 CZK, dzieci 6-15 lat, studenci i seniorzy – 50 CZK, bilet rodzinny (2+2) – 199 CZK.